Memebox to pudełko z koreańskimi kosmetykami, każdemu pudełku przewodzi jakiś motyw np. kolor, zapach, składnik czy rodzaj kosmetyków. Opisy różniastych pudełek możecie poczytać na blogu Cuda i niecuda. Memebxowi przyglądałam się od zeszłej jesieni, na stronie oprócz pudełek można również kupić pojedyncze kosmetyki, kupiłam kilka rzeczy na wyprzedaży, ale wobec pudełek byłam sceptyczna. Średnio podoba mi się pomysł kupowania kosmetyków kompletnie w ciemno, chociaż często kupuję kosmetyki bez poznania składu czy przeczytania jakichkolwiek recenzji, to są to przynajmniej konkretne kosmetyki np. krem pod oczy ze śluzem ślimaka, w Memeboxie jest natomiast kompletny toto-lotek. Do tego za każdym razem jak pojawiało się pudełko które by mnie interesowało natychmiast było wyprzedane. Swoje pierwsze dwa pudełka kupiłam dopiero w styczniu, a do ich zakupu skłoniły mnie spojlery, informacja na stronie o kosmetyku który możemy znaleźć w pudełku. Do zakupu Anti-aging zachęcił mnie krem ze ślimakiem i serum z Acetyl Hexapeptide, alternatywą dla botoksu. Oprócz tego zamówiłam również pudełko Best Beauty Forward, do którego zachęcił mnie spojer zapowiadający esencję z Galactomyces.
Niestety (a może i stety) moja przygoda z Memeboxem skończyła się prawie tak szybko jak się zaczęła. Dosłownie dzień po tym jak zamówiłam swoje pudełka otrzymałam e-mail informujący, że z dniem 10 lutego Memebox zaprzestaje międzynarodowej wysyłki i wysyła tylko do krajów w których ma magazyny (Chiny, Korea, USA).
A oto moje pierwsze (i prawie ostatnie) pudełko:
Z góry przepraszam za jakość zdjęć - mój aparat jest na wykończeniu.
Opis pudełka: Zapobieganie objawom starzenia się to zmartwienie każdej osoby dbającej o urodę, niezależnie od wieku. Dlatego też stworzyliśmy pudełko, które przeciwdziała grawitacji - stop zmarszczkom i wiotczeniu! Dzięki najlepszym produktom zwalczającym objawy starzenia się skóry, to przełomowe pudełko znacząco zwalcza problemy takie jak zmarszczki, utrata jędrności, poszarzały koloryt cery oraz odwodnienie.
A oto zawartość pudełka:
1. Bory Wrinkle Repair Serum 50ml
Zapowiedziane w spojlerze serum z Acetyl Hexapeptide. Główny powód dla którego kupiłam pudełko.
Opis produktu: Przeciwzmarszczkowe serum, które odmładza i napina skórę. Zawiera EGF wspomagające produkcję kolagenu oraz Acetyl Hexapeptide, naturalny składnik który posiada właściwości podobne do botoksu - rozluźnia mięśnie twarzy i zapobiega powstawaniu zmarszczek.
Opis jest z karteczki dołączonej do pudełka i zawiera błąd. Acetyl Hexapeptide to nie jest naturalny składnik, jest syntetycznym peptydem. Ale kontynuujmy. Serum zamknięte jest w ładnej, szklanej buteleczce z pompką. Pompka zabezpieczona jest sprytną nakładką, zapobiegającą przypadkowemu wyciśnięciu produktu. Ma konsystencję lekkiego kremu, pachnie trochę jak Nivea Soft. Wchłania się dość szybko i nie zostawia filmu na skórze, dla mojej tłustej cery nada się i na dzień i na noc.
Przetłumaczyłam skład i wiecie co? Nie widzę tam Acetyl Hexapeptide. Ani EGF. Można by zrozumieć, że to Memebox się pomylił. Ale na pudełeczku, w którym była butelka, z jednej strony jest opis produktu po koreańsku wspominający o tym peptydzie i EGF, a z drugiej strony mamy "Główne składniki" po angielsku, gdzie peptydu ani EGF nie ma oraz pełny skład po koreańsku, gdzie również peptydu nie ma. No głupa ze mnie robią czy co? Ale na wszelki wypadek skonsultują moje tłumaczenie z kimś mądrzejszym ode mnie zanim je opublikuję, bo może faktycznie jestem głupia...
Edit 03.2015: Skonsultowałam się z Agatą z Agath Blog, która ma o wiele większe doświadczenie w tłumaczeniu koreańskich składów niż ja. Agath potwierdziła moje przypuszczenia - produkt nie zawiera ani Acetyl Hexapeptide ani EGF.
Oto pełen skład:
Purified water, Propylene Glycol, Glycerin, Ubiquinone (Coenzyme Q10 Liposomes 5%), Sodium Hyaluronate, Raffinose, Ethanol, Polyquaternium-51, Centella Asiatica Extract, Chamomile Flower Extract, Licorice Extract, Green Tea Extract, Polygonum Cuspidatum Root Extract, Rosemary Leaf Extract, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Butylene Glycol, PEG-15 Glyceryl Stearate, Tocopheryl Acetate, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Triethanolamine, Carbomer, Imidazolidinyl Urea, Perfume, Allantoin, Methyl Paraben, Benzophenone-9, Disodium EDTA, Tartrazine
Produkt jest wg Membox warty 48 dolarów. Czy to prawda czy nie - nie wiadomo, ponieważ Internet milczy na temat tego produktu, nie ma go ani na e-Bay ani na Gmarkecie.
2. Esthetic House Collagen Herb Complex Eye Cream 100ml
Opis produktu: Teraz masz już wszystko. Ten krem pod oczy w rozmiarze jumbo da ci uczucie uniesionej i napiętej oraz rozświetlonej okolicy oczu. Odżywcza formuła zawiera morski kolagen, zioła i adenozynę aby unieść i rozjaśnić skórę wokół oczu, ust, na kości brwiowej, na szyi i we wszystkich innych obszarach przejawiających objawy starzenia.
Widząc wielką tubę ucieszyłam się myśląc, że to krem do rąk. Kremów do rąk u mnie nigdy za wiele, mam je rozłożone strategicznie wszędzie: w sypialni, w salonie, w torebce, w szafce w pracy, w samochodzie... Mina jednak trochę mi zrzedła po przeczytaniu opisu. Krem pod oczy? Serio? Kto pakuje krem pod oczy do takiej wielkiej tuby?
Sceptycznie nastawiona postanowiłam przetłumaczyć skład. Oto i on:
Purified water, Caprylic/Capric Triglyceride, Butylene Glycol, Cetearyl Ethylhexanoate, Glycerin, Hydrolyzed Collagen, Cetyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Glyceryl Stearate/PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate SE, Sorbitan Sesquioleate, Stearic Acid, Dimethicone, Olive Oil, Caprylyl Glycol/Glycerol, Carbomer, Triethanolamine, Shea Butter, Allantoin, Chrysanthemum flower extract, Honeysuckle extract, Rosa Rugosa Extract, Rose Extract, Hollyhock Extract, Safflower Extract, Tocopheryl Acetate, Perfume, Tomato Extract, Elm Root Extract, Magnolia Extract, Gallnut Extract, Centella Asiatica Extract, Goldthread Extract, Human Oligopeptide-1, Adenosine, Disodium EDTA
Kolagen jest na szóstym miejscu. Kolagen jest naturalnym białkiem występującym w naszej skórze, którego ubytek powoduje zmarszczki i wiotczenie, dlatego też stał się popularnym składnikiem kremów przeciwzmarszczkowych. Trzeba mieć jednak na uwadze, że Hydrolyzed Collagen nie penetruje w głąb skóry, ponieważ jego cząsteczka jest za duża - nie sprawi więc magicznie, że przybędzie nam kolagenu w skórze i znikną zmarszczki. Ale za to nawilża i zmiękcza skórę.
Ogólnie skład jest przyzwoity, jest obiecany kolagen, są ekstrakty, znalazło się nawet miejsce pod koniec składu dla adenozyny i EGF. Mam na stanie krem przeciwzmarszczkowy pod oczy z L'oreal, który składa się praktycznie tylko z silikonów, także w porównaniu do niego nasza jumbo tuba jest kosmetycznym objawieniem :P Pod oczy raczej nie będę go używać, ponieważ testuję obecnie bardzo dobry krem pod oczy su:m37, a po nim na swoją kolej czeka w szufladzie japoński krem pod oczy z retinolem. Ale myślę, że zużyję do szyi i dekoltu, ewentualnie do rąk.
Krem ma bardzo przyjemną, aksamitną konsystencję. Jest dość lekki i ma ładny, delikatny zapach. Pozostawia lekki film na skórze, czyniąc ją wygładzoną.
Wg Memebox jumbo tuba warta jest 42 dolary. Nie jestem w stanie zweryfikować tej informacji, w Google pojawia się tylko w opisach pudełka, produktu brak na Gmarkecie czy e-Bay.
3. Enesti Day to Day Pomegranate Acerola Foaming Cleanser 160g
Opis produktu: Pianka do codziennego użytku z granatem i acerolą, dokładnie zmywa makijaż i sebum, otwiera i oczyszcza pory, poprawia elastyczność skóry i rozjaśnia cerę.
Tutaj bez niespodzianek, typowa koreańska pianka. Gęsty, perłowy krem przypominający nieco krem do golenia, który roztarty na zwilżonej skórze zmienia się w obfitą pianę. Wystarczy dosłownie kropelka żeby umyć całą twarz i szyję, także te 160g starczyłoby mi na ładnych kilka miesięcy. Oczyszcza bardzo dobrze, postawia skórę "skrzypiąco czystą", ale też trochę ściagniętą. W kremowej postaci ma dziwny zapach, owocowo-kwaśno-jakiś, jednak po zmianie w pianę cudownie pachnie... gumą balonową. Jestem bardzo wrażliwa na zapachy, a balonowa guma do życia do jednej z moich ulubionych zapachów (w Polsce używałam płynu do kąpieli Ziaja Maziajki o tym zapachu ^^), do tego produkt jest wydajny... Piałabym z zachwytu gdyby nie jeden mały szkopuł: pianka ma zabójczo wysokie pH 9. Jeszcze dwa miesiące temu powiedziałabym "odczyn-srodczyn!" i zadowolona używała napawając się cudownym zapachem, jednak odkąd zaczęłam używać pianki o lekko kwaśnym odczynie już nigdy nie wrócę do zasadowych pieniaczy. Odkąd używam pianki o pH 6, na twarzy nie wyskoczył mi ani jeden pryszcz, nawet przed okresem. Także wybacz gumo balonowa, ale nie będę ryzykować. Może raz na jakiś czas żeby poprawić sobie humor zapachem, ale na pewno nie jako codzienny produkt oczyszczający.
4. Puresmile Mask 5 Pack Box
Maseczki płachtowe, 5 różnych wariantów:
Perła: Nawilża skórę
Jad pszczeli: Poprawia strukturę skóry, zmiękcza i wygładza, rozjaśnia cerę
Ślimak: Regeneruje i odmładza
Żeń-szeń: Dostarcza składników odżywczych i poprawia elastyczność
Witamina E i kolagen: ożywia i dodaje skórze energii
Żadnej jeszcze nie próbowałam, ale cieszę się na samą myśl. Uwielbiam maseczki płachtowe!
Wg Membox wartość tych pięciu maseczek to 6 dolarów. Na Gmarkecie można kupić 8 masek za $5,40, czyli troszkę taniej.
5. Tosowoong Snail Natural Pure Cream 45ml
Opis produktu: Intensywnie regenerujący i zwalczający przebarwienia krem zawierający ślimaczy śluz znany ze swoich dobroczynnych właściwości. Filtrat ze śluzu ślimaka pomaga zwalczać nadmierną produkcję sebum, główną przyczynę trądziku oraz wspomagają regenerację komórek redukując zmarszczki.
Szalenie podoba mi się wygląd tego produktu, zarówno pudełeczka jak i tubki. Jest taki prosty, bardzo estetyczny. Tubka jest miękka i do wyciskania. Produkt ma postać lekkiego kremu, szybko się wchłania i nie pozastawia na skórze filmu. Nawilża moją skórę w optymalny sposób, nada się i na dzień i na noc.
Na pierwszym miejscu w składzie jest filtrat ze śluzu ślimaka (30%) oraz woda brzozowa (20%). W porównaniu do ślimaczych produktów innych firm 30% to nieco rozczarowująca zawartość, spotkałam się ze stwierdzeniem że żeby śluz działał musi go być w kosmetyku minimum 80%, chociaż nie wiem ile w tym prawdy. Całego składu na razie nie tłumaczyłam, nie chce mi się, kremu będę używać, więc jak pojawi się recenzja będzie i skład ;)
Wg Memebox krem kosztuje 26 dolarów. Na oficjalnej stronie Tosowoong jego cena to 21500 won, czyli $19,50 na e-Bay ceny wahają się od $14 do $36.
Podsumowanie:
Ogólnie jestem z pudełka zadowolona, nie urwało mi tyłka, ale też nie czuję że wyrzuciłam pieniędze w błoto. Za 25 dolarów mam ślimaczy krem warty $20, maseczki płachtowe, krem do rąk i serum, w którym być może znajdę acetyl hexapeptide. Nie jest źle. Kupno takiego pudła w ciemno to ciekawe doświadczenie, chociaż z pewnością nie stało się moją ulubioną formą kupowania kosmetyków, także nie ubolewam jakoś specjalnie nad wycofaniem się Memeboxa z wysyłki światowej. Zamiast u nich nadal rośnie będę przepuszczać pieniądze na e-Bay ;)
piątek, 13 lutego 2015
sobota, 7 lutego 2015
Sidmool Secret Of Red Astaxanthin Concentrate
Od zawsze mam problem z określeniem tonu mojej skóry: jasny czy zimny? Różowy czy żółty? Patrząc na swoje ręce wydaje mi się, że żółty, ale twarz mam ewidentnie różową. I nie mówię o rumieńcach (chyba każdy z nas zna minimum jedną osobę, która ma zawsze zarumienione policzki), tylko o zaróżowieniu całej twarzy.
W moim domu lustro nad umywalką jest ustawione prostopadle do toalety, także idąc na tron jestem przyzwyczajona, że kątem oka widzę w lustrze coś różowego, czyli moją pink, niekoniecznie beauty, twarz. Ale jakiś czas temu wlokąc się do łazienki nad ranem, półprzytomna, prawie dostałam zawału kiedy w lustrze mignęło mi coś jasnego. Ki czort? Podchodzę do lustra i co ja pacze? Jakaś blada twarz! Co się stało? Ano używam od ponad miesiąca serum Sidmool z astaksantyną.
Opis produktu: Astaksantyna to sekret alg żyjących w głębinie oceanu. Naturalny antyoksydant dla mleczno-białej skóry.
Sposób użycia: Po esencji, nałóż odpowiednią ilość wokół oczu i na twarzy i delikatnie wklep.
Astaksantyna (trudne słowo) to naturalny barwnik zwierząt i roślin, nadający im czerwony kolor. Można ją spotkać m.in. w pancerzach krewetek, krabów i homarów, piórach flamingów i mięśniach łososia. Pełni rolę naturalnego filtra UV i jest jednym z najsilniejszych znanych antyoksydantów - szacuje się, że jej działanie antyoksydacyjne w stosunku do większości wolnych rodników jest sześciokrotnie wyższe niż witaminy E i Beta-karotenu! Ponadto astaksantyna przyspiesza odnowę naskórka, ma działanie normalizujące, wzmacnia funkcje ochronne naskórka i ogranicza przeznaskórkową utratę wody, pobudza wytwarzanie kolagenu i elastyny. Stosowana miejscowo potrafi zmniejszyć produkcję melaniny aż o 40%.
Koncentrat Sidmool zawiera aż 98,7% Astaksantyny. Pozostałe 1,3% kosmetyku to pełniący rolę nośnika Butylene Glycol oraz ekstrakty roślinne: bogaty w witaminę C, rozjaśniający i oczyszczający ekstrakt z grejpfruta, przeciwbakteryjne ekstrakty z eukaliptusa i goździków, hamujący produkcję melaniny ekstrakt z Perełkowca wąskolistnego oraz rozjaśniający ekstrakt z owoców Yuzu.
Innymi słowy produkt wydaje się być idealnym dla cery zmagającej się z trądzikiem i przebarwieniami - czyli mojej :)
Pełen skład: Astaxanthin, Butylene Glycol, Glycerin, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract, Eucalyptus Globulus Leaf Extract, Eugenia Caryophyllus (Clove) Flower Extract, Sophora Angustifolia Root Extract, Citrus Junos Fruit Extract, Cellulose Gum
Analiza składu: [TUTAJ]
Serum zamknięte jest w plastikowej buteleczce z pompką o pojemności 30ml. Całość zapakowana jest w charakterystyczny dla Sidmool brązowy kartonik, prezentuje się prosto i ładnie. Serum ma postać płynu, więc najpierw wylewam je do zagłębienia dłoni, następnie rozprowadzam na twarz. Na pokrycie całej twarzy wystarczą dwie lub trzy pompki - dwie jeśli chcę nałożyć na serum coś jeszcze, trzy jeśli na nim kończę swój rytuał pielęgnacyjny.
Serum jest dość oleiste, wolno się wchłania i pozostawia lekki film na skórze. Być może inny typ skóry mógłby go używać na dzień, jednak dla mojej tłustej skóry jest to produkt tylko i wyłącznie na noc. Produkt jest idealnym zwieńczeniem zabiegu darsonwalizacji - po Darsonvalu skóra jest lekko przesuszona i chłonie wszystko jak szalona. Po zabiegu serum wchłania się tak dobrze, że spokojnie mogę na nie nałożyć jeszcze inny produkt, np. ślimaczy Sleeping Pack od Baviphat.
Bezpośrednio po nałożeniu skóra jest nawilżona, gładka i miękka w dotyku. Ostatnimi czasy nie mam problemu z trądzikiem, nawet przed okresem nie pokazują się na mojej twarzy żadne krosty (to aż podejrzane =.=), więc nie wiem jak produkt sprawdziłby się pod kątem łagodzenia stanów zapalnych. Zauważyłam jednak wspomnianą wcześniej wyraźną poprawę w kolorycie skóry. Nie jestem już różowa jak prosiaczek, moja skóra ma bardziej ujednolicony koloryt, twarz nie odcina się już tak wyraźnie od szyi. Nie wiem skąd to zaróżowienie się wzięło, ale cokolwiek je powodowało zostało pokonane przez Sidmool.
Cena: Swój koncentrat kupiłam na e-Bay za 10 funtów (ok. 50zł). Można go również kupić w sklepie Berdever za 110zł.
Plusy:
+ nawilża i wygładza skórę
+ znacząco poprawia koloryt skóry, rozjaśnia
+ dobry, "czysty" skład z tytułową astaksantyną na pierwszym miejscu
+ jak na takie działanie bardzo tani, widząc efekty z czystym sumieniem mogłabym zapłacić trzy razy więcej :P
Minusy:
- tłustawy, dla mojej cery nadaje się tylko na noc
- dość długo się wchłania
Podsumowanie: Jestem bardzo zadowolona z tego produktu, wykańczam właśnie opakowanie i na pewno kupię go ponownie. Myślę, że trafi na listę moich "pewniaków" - produktów, które zawsze mam na stanie żebym mogła do nich wrócić na wypadek gdyby jakiś nowy produkt się nie sprawdził. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak ładnie ujednolicił koloryt mojej skóry - jestem pewna, że to właśnie jego zasługa, bo chociaż mam kilka nowych kosmetyków wybielających, to obecnie zużywam stare zaległości - Hada Labo Kwiamizu, Purebess Snail Gel, Baviphat Sleeping Pack - żaden z nich nie jest tak jednoznacznie wybielający. Jedyne co mnie zastanawia to dlaczego różnicę zauważyłam tak nagle - prawdopodobnie dlatego, że kiedy szykuję się rano do pracy jest ciemno i kiedy wracam jest ciemno, a w pracy mam na twarzy makijaż, więc dawno nie miałam okazji przyjrzeć się sobie w naturalnym świetle.
W moim domu lustro nad umywalką jest ustawione prostopadle do toalety, także idąc na tron jestem przyzwyczajona, że kątem oka widzę w lustrze coś różowego, czyli moją pink, niekoniecznie beauty, twarz. Ale jakiś czas temu wlokąc się do łazienki nad ranem, półprzytomna, prawie dostałam zawału kiedy w lustrze mignęło mi coś jasnego. Ki czort? Podchodzę do lustra i co ja pacze? Jakaś blada twarz! Co się stało? Ano używam od ponad miesiąca serum Sidmool z astaksantyną.
Opis produktu: Astaksantyna to sekret alg żyjących w głębinie oceanu. Naturalny antyoksydant dla mleczno-białej skóry.
Sposób użycia: Po esencji, nałóż odpowiednią ilość wokół oczu i na twarzy i delikatnie wklep.
Astaksantyna (trudne słowo) to naturalny barwnik zwierząt i roślin, nadający im czerwony kolor. Można ją spotkać m.in. w pancerzach krewetek, krabów i homarów, piórach flamingów i mięśniach łososia. Pełni rolę naturalnego filtra UV i jest jednym z najsilniejszych znanych antyoksydantów - szacuje się, że jej działanie antyoksydacyjne w stosunku do większości wolnych rodników jest sześciokrotnie wyższe niż witaminy E i Beta-karotenu! Ponadto astaksantyna przyspiesza odnowę naskórka, ma działanie normalizujące, wzmacnia funkcje ochronne naskórka i ogranicza przeznaskórkową utratę wody, pobudza wytwarzanie kolagenu i elastyny. Stosowana miejscowo potrafi zmniejszyć produkcję melaniny aż o 40%.
Koncentrat Sidmool zawiera aż 98,7% Astaksantyny. Pozostałe 1,3% kosmetyku to pełniący rolę nośnika Butylene Glycol oraz ekstrakty roślinne: bogaty w witaminę C, rozjaśniający i oczyszczający ekstrakt z grejpfruta, przeciwbakteryjne ekstrakty z eukaliptusa i goździków, hamujący produkcję melaniny ekstrakt z Perełkowca wąskolistnego oraz rozjaśniający ekstrakt z owoców Yuzu.
Innymi słowy produkt wydaje się być idealnym dla cery zmagającej się z trądzikiem i przebarwieniami - czyli mojej :)
Pełen skład: Astaxanthin, Butylene Glycol, Glycerin, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract, Eucalyptus Globulus Leaf Extract, Eugenia Caryophyllus (Clove) Flower Extract, Sophora Angustifolia Root Extract, Citrus Junos Fruit Extract, Cellulose Gum
Analiza składu: [TUTAJ]
Serum zamknięte jest w plastikowej buteleczce z pompką o pojemności 30ml. Całość zapakowana jest w charakterystyczny dla Sidmool brązowy kartonik, prezentuje się prosto i ładnie. Serum ma postać płynu, więc najpierw wylewam je do zagłębienia dłoni, następnie rozprowadzam na twarz. Na pokrycie całej twarzy wystarczą dwie lub trzy pompki - dwie jeśli chcę nałożyć na serum coś jeszcze, trzy jeśli na nim kończę swój rytuał pielęgnacyjny.
Serum jest dość oleiste, wolno się wchłania i pozostawia lekki film na skórze. Być może inny typ skóry mógłby go używać na dzień, jednak dla mojej tłustej skóry jest to produkt tylko i wyłącznie na noc. Produkt jest idealnym zwieńczeniem zabiegu darsonwalizacji - po Darsonvalu skóra jest lekko przesuszona i chłonie wszystko jak szalona. Po zabiegu serum wchłania się tak dobrze, że spokojnie mogę na nie nałożyć jeszcze inny produkt, np. ślimaczy Sleeping Pack od Baviphat.
![]() |
| Moje serum już się kończy i pompka łapie powietrze - stąd bąbelki |
Bezpośrednio po nałożeniu skóra jest nawilżona, gładka i miękka w dotyku. Ostatnimi czasy nie mam problemu z trądzikiem, nawet przed okresem nie pokazują się na mojej twarzy żadne krosty (to aż podejrzane =.=), więc nie wiem jak produkt sprawdziłby się pod kątem łagodzenia stanów zapalnych. Zauważyłam jednak wspomnianą wcześniej wyraźną poprawę w kolorycie skóry. Nie jestem już różowa jak prosiaczek, moja skóra ma bardziej ujednolicony koloryt, twarz nie odcina się już tak wyraźnie od szyi. Nie wiem skąd to zaróżowienie się wzięło, ale cokolwiek je powodowało zostało pokonane przez Sidmool.
![]() |
| Koniec z prosiaczkiem! |
Plusy:
+ nawilża i wygładza skórę
+ znacząco poprawia koloryt skóry, rozjaśnia
+ dobry, "czysty" skład z tytułową astaksantyną na pierwszym miejscu
+ jak na takie działanie bardzo tani, widząc efekty z czystym sumieniem mogłabym zapłacić trzy razy więcej :P
Minusy:
- tłustawy, dla mojej cery nadaje się tylko na noc
- dość długo się wchłania
Podsumowanie: Jestem bardzo zadowolona z tego produktu, wykańczam właśnie opakowanie i na pewno kupię go ponownie. Myślę, że trafi na listę moich "pewniaków" - produktów, które zawsze mam na stanie żebym mogła do nich wrócić na wypadek gdyby jakiś nowy produkt się nie sprawdził. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak ładnie ujednolicił koloryt mojej skóry - jestem pewna, że to właśnie jego zasługa, bo chociaż mam kilka nowych kosmetyków wybielających, to obecnie zużywam stare zaległości - Hada Labo Kwiamizu, Purebess Snail Gel, Baviphat Sleeping Pack - żaden z nich nie jest tak jednoznacznie wybielający. Jedyne co mnie zastanawia to dlaczego różnicę zauważyłam tak nagle - prawdopodobnie dlatego, że kiedy szykuję się rano do pracy jest ciemno i kiedy wracam jest ciemno, a w pracy mam na twarzy makijaż, więc dawno nie miałam okazji przyjrzeć się sobie w naturalnym świetle.
środa, 28 stycznia 2015
Mój pierwszy filtr: Shiseido Anessa Whitening UV Protector A+ SPF50+ PA++++
O tym, że filtrów używać trzeba wie większość z nas, ale sporo osób decyduje się ten fakt ignorować lub zadowalać się niskimi filtrami dodanymi do kremów na dzień lub kosmetyków kolorowych. Ja sama przez długi czas opierałam się tylko i wyłącznie na filtrach zawartych w kremach BB, chociaż smutna prawda jest taka, że kremu BB nakładamy na twarz za mało żeby dał nam jakąś rzeczywistą ochronę. Mam tłustą cerę i wizja dokładania kolejnej warstwy do mojej pielęgnacji mnie przerażała, zwłaszcza że filtry kojarzyły mi się z tłustawymi balsamami... o tym jak bardzo się myliłam przekonały mnie recenzje na blogu Green Tea Love. Dzięki recenzjom Chiao postanowiłam wyleczyć się z ignorancji i w końcu sięgnąć po filtr, moim pierwszym miał być wybielający filtr Hada Labo. Jednak w międzyczasie tak się złożyło, że na blogu My Asian Skincare Story właścicielka odsprzedawała kosmetyki, które się u niej nie sprawdziły lub których miała za dużo. To właśnie tam upolowałam moją Anessę - właścicielka bazarku opisała ją jako dobry filtr dla tłustej cery, do tego zawiera w nazwie słowo klucz "whitening"... nie było wyjścia, Anessa musiała być moja!
Opis produktu: Filtr UV w postaci mleczka, który stanowi pierwszą linię ochrony skóry przed starzeniem i przebarwieniami. Zawiera specjalnie opracowany przez Shisheido kwas m-traneksamowy, który hamuje nadmierne wydzielanie melaniny zapobiegając tworzeniu się przebarwień. Mleczko pozostawia skórę nawilżoną i gładką, pełni również rolę bazy pod makijaż. Odporne na pot i sebum, odpowiednie do twarzy i reszty ciała, zmywalne pianką.
Produkt opiera się głównie o filtry chemiczne: Bis-ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine znany również jako Tinosorb S oraz Ethylhexyl methoxycinnamate znany także jako Octinoxate lub Octyl methoxycinnamate. Pod koniec składu znajdziemy również filtr fizyczny, tlenek cynku.
Mleczko wzbogacone jest również o nawilżający kwas hialuronowy, ekstrakt z tymianku, który działa przeciwzapalnie i oczyszczająco oraz ekstrakt z korzeni kurkumy, która ma działanie przeciwzapalne, antyoksydacyjne i rozjaśniające.
Skład: Water, Cyclopentasiloxane, Alcohol, Ethylhexyl methoxycinnamate, Butylene Glycol, Dimethicone, Bis-ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Hydrated Silica, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Glycerin, PPG-17, HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Isostearic Acid, Dimethylacrylamide/Sodium Acryloyldimethyltaurate Crosspolymer, Sorbitan Sesquiisostearate, Succinoglycan, Citric Acid, Aminopropyl Dimethicone, BHT, Disodium EDTA, Silica, Ethyl Ascrobic Acid, Sodium Citrate, Olea Europaea (Olive) Leaf Extract, Dipotassium Glycerrhizate, Sodium Hyaluronate, Thymus Vulgaris (Thyme) Extract, Soluble Collagen, Curcuma Longa (Tumeric) Root Extract, Fragrance, Zinc Oxide
Analiza składu [TUTAJ]
Produkt mieści się w plastikowej buteleczce o pojemności 60ml. Buteleczka ma prosty, estetyczny wygląd i opalizuje delikatnie na różowo. Biel i róż, jestem w niebie ;) Mleczko ma delikatny, przyjemny zapach.
Produkt ma lekką konsystencję. Po nałożeniu chwilę czuć go na twarzy, trzeba mu dać trochę czasu żeby się wchłonął. Kiedy już się wchłonie jest super - skóra jest delikatnie nawilżona, wygładzona i nie świeci się jak psu... wiecie co :P Anessa wchłania się niemal do matu, można powiedzieć że pozostawia lekko satynowy efekt na skórze. Nie bieli, jest na skórze kompletnie niewidoczna.
A teraz najlepsze - Anessa normuje wydzielanie sebum. Tak jak już pisałam, bałam się filtrów ponieważ każda kolejna warstwa na mojej tłustej cerze może oznaczać może sebum - ten filtr jednak bardzo przyjemnie mnie zaskoczył, używając go przetłuszczam się odrobinę mniej.
Jeśli chodzi o jego działanie jako bazy - cóż, nie ukryje nam rozszerzonych porów, ale dzięki ograniczeniu wydzielania sebum makijaż trzyma się na Anessie dobrze. Trzeba jednak uważać, ponieważ nie każdy krem BB współgra z filtrem - Holika Holika Petit Clearing ścina się niemiłosiernie nałożony na cokolwiek, na szczęście mój ulubiony Tony Moly Petite Cotton BB zgrał się z Anessą bardzo dobrze, dobrze sprawdził się również podkład Maybelline Satin Liquid. Niestety z filtrem nie mogę używać bardzo lubianego przeze mnie Lioele Dollish Veil Vita - ze względu na obecność kapsułek z pigmentem ten BB wymaga wcierania podczas nakładania, a nakładając cokolwiek na filtr nie powinnyśmy pocierać skóry, ponieważ możemy zetrzeć filtr.
Cena: produkt można kupić w sklepie Polki mieszkającej w Japonii - Berdever za 109zł, produkt jest również dostępny na Rakutenie za 24$ (ok. 90zł) oraz na Amazonie za £35 (ok. 175zł).
Plusy:
+ lekka konsystencja
+ ogranicza wydzielanie sebum
+ nie bieli
+ nie powoduje świecenia się skóry
+ nie zapycha porów
Minusy:
- dość drogi
- nie ma go na e-Bay
Podsumowując: Jestem bardzo zadowolona, że to właśnie ten produkt trafił do mnie jako mój pierwszy filtr z prawdziwego zdarzenia. Zdecydowanie zachęcił mnie do testowania japońskich filtrów, a gdyby jakiś mi nie przypasował, wiem już do czego wracać. Serdecznie polecam :)
Jeśli planujecie zakup zwracajcie uwagę na buteleczkę i opis produktu - wersja, którą mam to najnowsza wersja, zmieniona w 2014 roku. Starsza wersja ma różową buteleczkę i niższy filtr SPF32 PA+++.
Anessa ma do wyboru kilka filtrów, wyszukując frazę na Amazonie czy Rakutenie możecie natknąć się na buteleczki lub tubki. Główna różnica jest taka, że produkty w buteleczkach mają postać mleczka, natomiast produkty w tubkach żelu.
Opis produktu: Filtr UV w postaci mleczka, który stanowi pierwszą linię ochrony skóry przed starzeniem i przebarwieniami. Zawiera specjalnie opracowany przez Shisheido kwas m-traneksamowy, który hamuje nadmierne wydzielanie melaniny zapobiegając tworzeniu się przebarwień. Mleczko pozostawia skórę nawilżoną i gładką, pełni również rolę bazy pod makijaż. Odporne na pot i sebum, odpowiednie do twarzy i reszty ciała, zmywalne pianką.
Produkt opiera się głównie o filtry chemiczne: Bis-ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine znany również jako Tinosorb S oraz Ethylhexyl methoxycinnamate znany także jako Octinoxate lub Octyl methoxycinnamate. Pod koniec składu znajdziemy również filtr fizyczny, tlenek cynku.
Mleczko wzbogacone jest również o nawilżający kwas hialuronowy, ekstrakt z tymianku, który działa przeciwzapalnie i oczyszczająco oraz ekstrakt z korzeni kurkumy, która ma działanie przeciwzapalne, antyoksydacyjne i rozjaśniające.
Skład: Water, Cyclopentasiloxane, Alcohol, Ethylhexyl methoxycinnamate, Butylene Glycol, Dimethicone, Bis-ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Hydrated Silica, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Glycerin, PPG-17, HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Isostearic Acid, Dimethylacrylamide/Sodium Acryloyldimethyltaurate Crosspolymer, Sorbitan Sesquiisostearate, Succinoglycan, Citric Acid, Aminopropyl Dimethicone, BHT, Disodium EDTA, Silica, Ethyl Ascrobic Acid, Sodium Citrate, Olea Europaea (Olive) Leaf Extract, Dipotassium Glycerrhizate, Sodium Hyaluronate, Thymus Vulgaris (Thyme) Extract, Soluble Collagen, Curcuma Longa (Tumeric) Root Extract, Fragrance, Zinc Oxide
Analiza składu [TUTAJ]
Produkt mieści się w plastikowej buteleczce o pojemności 60ml. Buteleczka ma prosty, estetyczny wygląd i opalizuje delikatnie na różowo. Biel i róż, jestem w niebie ;) Mleczko ma delikatny, przyjemny zapach.
Produkt ma lekką konsystencję. Po nałożeniu chwilę czuć go na twarzy, trzeba mu dać trochę czasu żeby się wchłonął. Kiedy już się wchłonie jest super - skóra jest delikatnie nawilżona, wygładzona i nie świeci się jak psu... wiecie co :P Anessa wchłania się niemal do matu, można powiedzieć że pozostawia lekko satynowy efekt na skórze. Nie bieli, jest na skórze kompletnie niewidoczna.
A teraz najlepsze - Anessa normuje wydzielanie sebum. Tak jak już pisałam, bałam się filtrów ponieważ każda kolejna warstwa na mojej tłustej cerze może oznaczać może sebum - ten filtr jednak bardzo przyjemnie mnie zaskoczył, używając go przetłuszczam się odrobinę mniej.
Jeśli chodzi o jego działanie jako bazy - cóż, nie ukryje nam rozszerzonych porów, ale dzięki ograniczeniu wydzielania sebum makijaż trzyma się na Anessie dobrze. Trzeba jednak uważać, ponieważ nie każdy krem BB współgra z filtrem - Holika Holika Petit Clearing ścina się niemiłosiernie nałożony na cokolwiek, na szczęście mój ulubiony Tony Moly Petite Cotton BB zgrał się z Anessą bardzo dobrze, dobrze sprawdził się również podkład Maybelline Satin Liquid. Niestety z filtrem nie mogę używać bardzo lubianego przeze mnie Lioele Dollish Veil Vita - ze względu na obecność kapsułek z pigmentem ten BB wymaga wcierania podczas nakładania, a nakładając cokolwiek na filtr nie powinnyśmy pocierać skóry, ponieważ możemy zetrzeć filtr.
Cena: produkt można kupić w sklepie Polki mieszkającej w Japonii - Berdever za 109zł, produkt jest również dostępny na Rakutenie za 24$ (ok. 90zł) oraz na Amazonie za £35 (ok. 175zł).
Plusy:
+ lekka konsystencja
+ ogranicza wydzielanie sebum
+ nie bieli
+ nie powoduje świecenia się skóry
+ nie zapycha porów
Minusy:
- dość drogi
- nie ma go na e-Bay
Podsumowując: Jestem bardzo zadowolona, że to właśnie ten produkt trafił do mnie jako mój pierwszy filtr z prawdziwego zdarzenia. Zdecydowanie zachęcił mnie do testowania japońskich filtrów, a gdyby jakiś mi nie przypasował, wiem już do czego wracać. Serdecznie polecam :)
Jeśli planujecie zakup zwracajcie uwagę na buteleczkę i opis produktu - wersja, którą mam to najnowsza wersja, zmieniona w 2014 roku. Starsza wersja ma różową buteleczkę i niższy filtr SPF32 PA+++.
Anessa ma do wyboru kilka filtrów, wyszukując frazę na Amazonie czy Rakutenie możecie natknąć się na buteleczki lub tubki. Główna różnica jest taka, że produkty w buteleczkach mają postać mleczka, natomiast produkty w tubkach żelu.
![]() |
| Wodoodporne mleczko do twarzy i ciała |
![]() |
| Wodoodporny żel do twarzy i ciała |
![]() |
| Filtr korygujący koloryt skóry dostępny w dwóch odcieniach |
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Sonoforeza - zabiegi ultradźwiękami w domowym zaciszu
Na pewno słyszeliście kiedyś o tym, że kosmetyki stosowane na skórę
działają w zaledwie kilku procentach swoich możliwości, ponieważ działają tylko na powierzchni skóry i nie
wnikają dalej w jej warstwy. Bardzo popularną metodą
wprowadzania substancji w głąb skóry jest
mezoterapia igłowa, spopularyzowana dzięki sukcesowi derma rollera. Dzięki mikro nakłuciom kosmetyk ma szansę przedostać
się w głębiej w skórę. Co jeśli jednak myśl o nakłuwaniu się napawa nas
przerażeniem? Z pomocą przychodzi mezoterapia bezigłowa: sonoforeza!
Jeśli bywasz u kosmetyczki na zabiegach na twarz, z pewności kojarzysz przyjemny masaż twarzy ciepłym urządzeniem. Sonoforeza jest popularnym zabiegiem kosmetycznym, często dodatkiem do innych zabiegów, ale może też być traktowana jako samodzielny zabieg.
Od jakiegoś czasu jestem szczęśliwą posiadaczką wielofunkcyjnej maszyny do zabiegów kosmetycznych 3w1: mikrodermabrazja + kawitacja + ultradźwięki. Regularnie, raz w tygodniu wykonuję na sobie zabieg mikrodermabrazji, po którym stosuję sonoforezę.
Czym jest sonoforeza?
Urządzenie do sonoforezy emituje fale ultradźwiękowe (stąd też zabieg często nazywa się po prostu ultradźwiękami). Fale ultradźwiękowe mają zdolność wtłaczania w głąb skóry substancji, w tym także substancji niepolarnych i nierozpuszczalnych w wodzie, takich jak lipidy i witaminy. Głębokość wnikania zależy od częstotliwości ultradźwięków. Moje urządzenie ma 9 poziomów mocy, każdy poziom to 0.2 Wata na centymetr kwadratowy skóry. Maksymalna moc, czyli poziom 9 to 1.8W/cm2. W zależności od źródła zalecane są różne poziomy intensywności - wiele źródeł podaje iż optymalną częstotliwością dla zabiegu jest 0,8-1,0 W/cm2, czyli w przypadku mojego urządzenia poziom 4 lub 5. Wg instrukcji obsługi mojego urządzenia dla twarzy zaleca się niską lub średnią częstotliwość, poziomy od 0 do 4 (0,2 - 0,8W/cm2), zaś dla ciała średnią lub wysoką częstotliwość, poziomy od 5 do 9 (1.0 - 1.8W/cm2). Ja najczęściej wykonuję zabieg na twarz na poziomie 3, czyli 0,6W/cm2 - im większa moc, tym głowica bardziej się nagrzewa - na poziomie 3 osiągam przyjemne ciepełko, na poziomie 4 jest już dla mnie trochę za ciepło.
Ultradźwięki powodują wzrost przepuszczalności błon komórkowych, aktywują metabolizm komórkowy, zwiększa oddychanie komórkowe. Podczas zabiegu elektroda nagrzewa i się i delikatnie wibruje. Ciepło relaksuje skórę, a mikro-masaż stymuluje, poprawia ukrwienie skóry i przepływ limfy, podwyższa poziom pH zakwaszonych tkanek, pobudza fibroblasty do biosyntezy kolagenu i elastyny.
Tak więc jeden zabieg oferuje nam trzy korzyści: wtłaczanie, relaksacją i stymulację skóry do pracy.
Urządzenia do sonoforezy zazwyczaj oferują dwa tryby działania ultradźwięków: ciągły i pulsacyjny. Tryb pulsacyjny kładzie większy nacisk na mikromasaż, mocniej stymuluje skórę. Wiele źródeł nie zaleca stosowania trybu pulsacyjnego na młodej skórze (poniżej 25 roku życia) ponieważ "jest to stymulacja, której tak młoda skóra jeszcze nie potrzebuje".
Wskazania do sonoforezy:
- trądzik (także różowaty)
- podrażnienia skóry
- przebarwienia (ultradźwięki rozbijają melaninę)
- blizny (następuje poprawa ich struktury)
- skóra starzejąca się, zwiotczała
- skóra potrzebująca regeneracji
Przeciwskazania:
- ciąża
- nowotwory
- stany gorączkowe
- epilepsja
- metalowe implanty - odpada również aparat ortodontyczny
- nerwica
- niewydolność krążenia
Jak przeprowadzić zabieg ultradźwiękami?
1. Oczyszczenie skóry - dokładnie oczyszczamy skórę i zmywamy makijaż. Sonoforeza to fajny dodatek do zabiegów oczyszczających, możemy ją stosować po mikrodermabrazji lub peelingu kawitacyjnym.
2. Nałożenie preparatu, który chcemy wprowadzić - najlepiej żeby produkt miał "poślizg", dobrze sprawdzają się kosmetyki w formie gęstych płynów lub żelu.
3. Wybieramy głowicę i tryb pracy: ciągły lub pulsacyjny. Masujemy skórę okrężnymi ruchami. Głowica powinna ciągle przesuwać się po skórze - nie należy przetrzymywać jej w jednym miejscu, można się poparzyć! Nie należy również wykonywać ultradźwięków na powiekach - jedynie pod oczami i w okolicach brwi, tam gdzie "sięga" kość.
4. Czas trwania zabiegu - w ofertach wielu salonów można trafić na zabiegi o różnej długości - od
10 minut aż do godziny! Wg instrukcji mojego urządzenia, optymalny czas
masażu głowicą to 10-15 minut. Można dłużej, ale efekty masażu 30
minutowego będą dokładnie takie same jak 15 minutowego, więc dłuższy
masaż po prostu nie ma sensu. Ja na sonoforezę przeznaczam 15 minut - 10
minut dużą głowicą, na obszarze całej twarzy, 5 minut małą głowicą, pod
oczami i w innych trudno dostępnych miejscach.
5. Po zabiegu możemy nałożyć krem lub maseczkę dobraną do potrzeb skóry. Z reguły po ultradźwiękach skóra jest dobrze nawilżona, także nawet lekki krem się nada.
Jakie kosmetyki wybrać do sonoforezy?
Wybierając preparat do wtłaczania ultradźwiękami powinniśmy pamiętać, że wtłaczamy CAŁY preparat w skórę. W związku z tym najlepiej sięgnąć po coś co ma jak najlepszy skład, zawiera mało konserwantów itp.
Moim ulubionym produktem do sonoforezy jest serum E.F.I. koreańskiej firmy Sidmool. Serum to zawiera trzy substancje:
Sięgnęłam po ten konkretny kosmetyk, gdyż wszystkie te Faktory mają to do siebie, że żeby działać muszą znaleźć się w głębszych warstwach skóry. Firma Sidmool sama zaleca ten produkt do użycia wraz z derma rollerem. Dodatkowo serum zawiera aż 83% ekstraktu z Wąkroty azjatyckiej (Gotu Kola, Centella Asiatica), która ma działanie kojące i przeciwzapalne - dzięki temu serum wspaniale łagodzi moją skórę po mikrodermabrazji. Niestety serum jest dość drogie, koszuje na e-Bay 26 funtów (ok. 130zł) za 30ml. Ogólnie warto rozejrzeć się za produktami tej firmy, ponieważ mają bardzo dobre składy.
Świetnie sprawują się również azjatyckie mask sheet, czyli materiałowe maseczki nasączone preparatem pielęgnacyjnym. Do tej pory używałam tylko trzech różnych, takich które dostałam jako gratisy przy zakupach. Maski są nasączone bardzo obficie - nakładam je na skórę na ok. 30 minut, po tym czasie są jeszcze wilgotne. Wówczas składam je w kostkę i zaczynam sonoforezę - tam gdzie serum z maseczki wchłonie się już całkowicie, przecieram skórę jeszcze raz maską złożoną w kostkę. W ten sposób zużywam serum z maski co do kropli ;)
Maska Etude House z ekstraktem z bylicy była ok, hitem okazały się maski My Beauty Diary: z kwasem hialuronowym i aloesem. Moja skóra zareagowała na nie wspaniale, po wprowadzeniu serum z masek ultradźwiękami cera była tak dogłębnie nawilżona, że następnego dnia nie przetłuszczała się praktycznie wcale!
Innymi produktami wartymi uwagi są ampułki It's Skin z serii "Power 10". Mają wodnisto-żelową konsystencję, a więc dają dobry poślizg (chociaż dość szybko się wchłaniają, trzeba więc nałożyć dwie warstwy kosmetyku lub dokraplać w czasie zabiegu), mają proste składy i są stosunkowo niedrogie - 7 funtów (ok. 35zł) za 30ml na e-Bay. Do wyboru mamy 10 opcji, m.in.: z witaminą C, arbutyną, lukrecją, drożdżami, kwasem hialuronowym, koenzymem Q10... każdy znajdzie coś dla siebie.
Gdzie kupić przyrząd do sonoforezy?
Podobnie jak opisywany przeze mnie wcześniej Darsoval, urządzenia do sonoforezy są łatwe do kupienia za pośrednictwem internetu. Swoją maszynę 3w1 kupiłam na e-Bay za 200 funtów, czyli ok. 1000zł.
Przenośne urządzenie do sonoforezy można kupić na e-Bay za 15 funtów, ok. 75zł. Jednak prawdopodobnie lepszym rozwiązaniem jest sięgnięcie po przyrząd 2w1 ponieważ ceny są niewiele wyższe.
Popularnym duetem jest peeling kawitacyjny + sonoforeza, ponieważ peeling kawitacyjny również opiera się o ultradźwięki i każda głowica do kawitacji jest wyposażona w sonoforezę (jedną stroną urządzenia wykonujemy peeling, drugą wprowadzamy kosmetyki). Bezprzewodowe urządzenia kawitacja + sonoforeza można kupić już za 20 funtów (ok. 100zł) na e-Bay. Na Allegro ceny wyglądają podobnie. Możne kupić też przyrząd 2w1 sonoforeza + fotony. Urządzenie z fotonami mnie szczególnie interesuje, jest to głowica ze światełkami LED, które w zależności od koloru pełnią różne funkcje (np. światło czerwone napina skórę, światło niebieskie łagodzi zmiany trądzikowe, światło fioletowe pobudza regenerację itd.). Początkowo miałam zamiar kupić maszynę do mikrodermabrazji 4w1 lub 5w1, wyposażoną właśnie w LED, niestety był problem z wysyłką w moje strony. Zastanawiam się więc nad kupnem przenośnego urządzenia sonoforeza + LED, ceny oscylują wokół 20 funtów - 100zł.
Podsumowując: Sonoforeza to łatwy i bezinwazyjny sposób na wprowadzenie kosmetyków w głąb skóry, który niesie ze sobą różne dodatkowe korzyści. Biorąc pod uwagę, że sonoforeza u kosmetyczki może kosztować nawet 50zł, warto rozważyć zakup własnego urządzenia. Serdecznie polecam :)
Jeśli bywasz u kosmetyczki na zabiegach na twarz, z pewności kojarzysz przyjemny masaż twarzy ciepłym urządzeniem. Sonoforeza jest popularnym zabiegiem kosmetycznym, często dodatkiem do innych zabiegów, ale może też być traktowana jako samodzielny zabieg.
Od jakiegoś czasu jestem szczęśliwą posiadaczką wielofunkcyjnej maszyny do zabiegów kosmetycznych 3w1: mikrodermabrazja + kawitacja + ultradźwięki. Regularnie, raz w tygodniu wykonuję na sobie zabieg mikrodermabrazji, po którym stosuję sonoforezę.
![]() |
| Moje narzędzie tortur ;) |
Urządzenie do sonoforezy emituje fale ultradźwiękowe (stąd też zabieg często nazywa się po prostu ultradźwiękami). Fale ultradźwiękowe mają zdolność wtłaczania w głąb skóry substancji, w tym także substancji niepolarnych i nierozpuszczalnych w wodzie, takich jak lipidy i witaminy. Głębokość wnikania zależy od częstotliwości ultradźwięków. Moje urządzenie ma 9 poziomów mocy, każdy poziom to 0.2 Wata na centymetr kwadratowy skóry. Maksymalna moc, czyli poziom 9 to 1.8W/cm2. W zależności od źródła zalecane są różne poziomy intensywności - wiele źródeł podaje iż optymalną częstotliwością dla zabiegu jest 0,8-1,0 W/cm2, czyli w przypadku mojego urządzenia poziom 4 lub 5. Wg instrukcji obsługi mojego urządzenia dla twarzy zaleca się niską lub średnią częstotliwość, poziomy od 0 do 4 (0,2 - 0,8W/cm2), zaś dla ciała średnią lub wysoką częstotliwość, poziomy od 5 do 9 (1.0 - 1.8W/cm2). Ja najczęściej wykonuję zabieg na twarz na poziomie 3, czyli 0,6W/cm2 - im większa moc, tym głowica bardziej się nagrzewa - na poziomie 3 osiągam przyjemne ciepełko, na poziomie 4 jest już dla mnie trochę za ciepło.
Ultradźwięki powodują wzrost przepuszczalności błon komórkowych, aktywują metabolizm komórkowy, zwiększa oddychanie komórkowe. Podczas zabiegu elektroda nagrzewa i się i delikatnie wibruje. Ciepło relaksuje skórę, a mikro-masaż stymuluje, poprawia ukrwienie skóry i przepływ limfy, podwyższa poziom pH zakwaszonych tkanek, pobudza fibroblasty do biosyntezy kolagenu i elastyny.
Tak więc jeden zabieg oferuje nam trzy korzyści: wtłaczanie, relaksacją i stymulację skóry do pracy.
Urządzenia do sonoforezy zazwyczaj oferują dwa tryby działania ultradźwięków: ciągły i pulsacyjny. Tryb pulsacyjny kładzie większy nacisk na mikromasaż, mocniej stymuluje skórę. Wiele źródeł nie zaleca stosowania trybu pulsacyjnego na młodej skórze (poniżej 25 roku życia) ponieważ "jest to stymulacja, której tak młoda skóra jeszcze nie potrzebuje".
Wskazania do sonoforezy:
- trądzik (także różowaty)
- podrażnienia skóry
- przebarwienia (ultradźwięki rozbijają melaninę)
- blizny (następuje poprawa ich struktury)
- skóra starzejąca się, zwiotczała
- skóra potrzebująca regeneracji
Przeciwskazania:
- ciąża
- nowotwory
- stany gorączkowe
- epilepsja
- metalowe implanty - odpada również aparat ortodontyczny
- nerwica
- niewydolność krążenia
Jak przeprowadzić zabieg ultradźwiękami?
1. Oczyszczenie skóry - dokładnie oczyszczamy skórę i zmywamy makijaż. Sonoforeza to fajny dodatek do zabiegów oczyszczających, możemy ją stosować po mikrodermabrazji lub peelingu kawitacyjnym.
2. Nałożenie preparatu, który chcemy wprowadzić - najlepiej żeby produkt miał "poślizg", dobrze sprawdzają się kosmetyki w formie gęstych płynów lub żelu.
3. Wybieramy głowicę i tryb pracy: ciągły lub pulsacyjny. Masujemy skórę okrężnymi ruchami. Głowica powinna ciągle przesuwać się po skórze - nie należy przetrzymywać jej w jednym miejscu, można się poparzyć! Nie należy również wykonywać ultradźwięków na powiekach - jedynie pod oczami i w okolicach brwi, tam gdzie "sięga" kość.
![]() |
| Głowica ogólna |
![]() |
| Głowica pod oczy i do trudno dostępnych miejsc |
5. Po zabiegu możemy nałożyć krem lub maseczkę dobraną do potrzeb skóry. Z reguły po ultradźwiękach skóra jest dobrze nawilżona, także nawet lekki krem się nada.
![]() |
| Panel kontrolny mojego urządzenia |
Wybierając preparat do wtłaczania ultradźwiękami powinniśmy pamiętać, że wtłaczamy CAŁY preparat w skórę. W związku z tym najlepiej sięgnąć po coś co ma jak najlepszy skład, zawiera mało konserwantów itp.
Moim ulubionym produktem do sonoforezy jest serum E.F.I. koreańskiej firmy Sidmool. Serum to zawiera trzy substancje:
- EGF - Epidermal Growth Factor, substancja stymulująca fibroblasty do produkcji kolagenu
- FGF - Fibroblast Growth Factor, substancja wspomagająca tworzenie fibroblastów
- IGF - Insulin-like Growth Factor, substancja promująca odnawianie i rozrost komórek i hamująca ich apostazę
Sięgnęłam po ten konkretny kosmetyk, gdyż wszystkie te Faktory mają to do siebie, że żeby działać muszą znaleźć się w głębszych warstwach skóry. Firma Sidmool sama zaleca ten produkt do użycia wraz z derma rollerem. Dodatkowo serum zawiera aż 83% ekstraktu z Wąkroty azjatyckiej (Gotu Kola, Centella Asiatica), która ma działanie kojące i przeciwzapalne - dzięki temu serum wspaniale łagodzi moją skórę po mikrodermabrazji. Niestety serum jest dość drogie, koszuje na e-Bay 26 funtów (ok. 130zł) za 30ml. Ogólnie warto rozejrzeć się za produktami tej firmy, ponieważ mają bardzo dobre składy.
Świetnie sprawują się również azjatyckie mask sheet, czyli materiałowe maseczki nasączone preparatem pielęgnacyjnym. Do tej pory używałam tylko trzech różnych, takich które dostałam jako gratisy przy zakupach. Maski są nasączone bardzo obficie - nakładam je na skórę na ok. 30 minut, po tym czasie są jeszcze wilgotne. Wówczas składam je w kostkę i zaczynam sonoforezę - tam gdzie serum z maseczki wchłonie się już całkowicie, przecieram skórę jeszcze raz maską złożoną w kostkę. W ten sposób zużywam serum z maski co do kropli ;)
Maska Etude House z ekstraktem z bylicy była ok, hitem okazały się maski My Beauty Diary: z kwasem hialuronowym i aloesem. Moja skóra zareagowała na nie wspaniale, po wprowadzeniu serum z masek ultradźwiękami cera była tak dogłębnie nawilżona, że następnego dnia nie przetłuszczała się praktycznie wcale!
![]() |
| Zużyty mask sheet |
![]() |
| VC Effector z witaminą C i WH z arbutyną |
Podobnie jak opisywany przeze mnie wcześniej Darsoval, urządzenia do sonoforezy są łatwe do kupienia za pośrednictwem internetu. Swoją maszynę 3w1 kupiłam na e-Bay za 200 funtów, czyli ok. 1000zł.
Przenośne urządzenie do sonoforezy można kupić na e-Bay za 15 funtów, ok. 75zł. Jednak prawdopodobnie lepszym rozwiązaniem jest sięgnięcie po przyrząd 2w1 ponieważ ceny są niewiele wyższe.
Popularnym duetem jest peeling kawitacyjny + sonoforeza, ponieważ peeling kawitacyjny również opiera się o ultradźwięki i każda głowica do kawitacji jest wyposażona w sonoforezę (jedną stroną urządzenia wykonujemy peeling, drugą wprowadzamy kosmetyki). Bezprzewodowe urządzenia kawitacja + sonoforeza można kupić już za 20 funtów (ok. 100zł) na e-Bay. Na Allegro ceny wyglądają podobnie. Możne kupić też przyrząd 2w1 sonoforeza + fotony. Urządzenie z fotonami mnie szczególnie interesuje, jest to głowica ze światełkami LED, które w zależności od koloru pełnią różne funkcje (np. światło czerwone napina skórę, światło niebieskie łagodzi zmiany trądzikowe, światło fioletowe pobudza regenerację itd.). Początkowo miałam zamiar kupić maszynę do mikrodermabrazji 4w1 lub 5w1, wyposażoną właśnie w LED, niestety był problem z wysyłką w moje strony. Zastanawiam się więc nad kupnem przenośnego urządzenia sonoforeza + LED, ceny oscylują wokół 20 funtów - 100zł.
| Urządzenie do sonoforezy |
![]() |
| Urządzenie 2w1: peeling kawitacyjny + sonoforeza |
![]() |
| Urządzenie 2w1: sonoforeza + LED |
czwartek, 15 stycznia 2015
Zabiegi pielęgnacyjne: Darsonval krok po kroku
Kto był na oczyszczaniu manualnym u kosmetyczki prawdopodobnie będzie kojarzył "szklaną różdżkę wydającą dziwne trzaski i pachnącą deszczem". Jest to Darsonval - urządzenie wykorzystujące prądy o wielkiej częstotliwości. Jego pionierem był żyjący na przełomie XIX i XX wieku francuski lekarz i fizyk, Jacques-Arsène d'Arsonval.
Od kilku miesięcy jestem szczęśliwa posiadaczką przenośnego urządzenia do darsonwalizacji. Jestem bardzo zadowolona z jego działania, ba! Uważam, że to jedna z moich najlepszych inwestycji kosmetycznych. Dlatego postaram się Wam dziś przybliżyć temat zabiegów Darsonvalem w domowym zaciszu.
Jak to działa?
Urządzenie wykorzystuje prądy w granicach 300 do 500 kHz. Do głównego urządzenia podłączamy szklane peloty, które wypełnione są mieszanką gazów szlachetnych. Po włączeniu urządzenia, pelota podświetla się na niebieski lub pomarańczowy kolor. Przy zbliżeniu peloty do skóry powstają wyładowania elektryczne, które powodują wytworzenie się ciepła w tkankach, a na obszarze peloty wytwarza się ozon. Wyładowania elektryczne rozszerzają naczynia krwionośne, a ozon dezynfekuje. Dzięki temu zabieg darsonwalizacji przyspiesza przemianę materii w komórkach skóry, działa bakteriobójczo, zwiększa absorpcję kosmetyków.
W zależności od tego jakie urządzenie kupimy, możemy mieć do wyboru kilka rodzajów pelot. Mój zestaw, to zestaw optymalny, mam 4 peloty:
Od lewej: pelota-grzebyk do skalpu, pelota-grzybek do dużych powierzchni ciała, pelota punktowa i pelota-łezka do trudno dostępnych miejsc. W innych zestawach można też upolować peloty w kształcie litery T (np. do żuchwy) oraz rolujące do większych powierzchni ciała.
Na spodzie urządzenia, obok kabelka jest pokrętło z regulacją mocy.
Dla kogo darsonwalizacja?
Darsonval szczyci się dość pokaźną listą wskazań . Zalecenia do zabiegów z użyciem tego urządzenia:
- trądzik
- podrażnienia skóry
- łojotok (zarówno skóry głowy jak i innych partii ciała)
- zapalenie mieszków włosowych
- wypadanie włosów
- łupież
- egzema
- zmarszczki i utrata jędrności skóry
- rozszerzone pory
- opryszczka
- blizny i przebarwienia
- odmrożenia
- zaburzenia krążenia
Przeciwwskazania do zabiegów darsonwalizacji:
- ciąża! Prądy mogą uszkodzić płód, a nawet spowodować poronienie.
- metalowe implanty w ciele - odpada też niestety stały aparat ortodontyczny
- wszelkie przerwania ciągłości skóry, zranienia
- nadciśnienie
- choroby serca
- astma
- stany gorączkowe
- cera mocno naczynkowa
- trądzik różowaty
- nadpobudliwość nerwowa i inne choroby układu nerwowego
- padaczka
- strach przed prądem
Co skłoniło mnie do zakupu własnego urządzenia?
Darsonwalizacja bardzo mi pomogła, kiedy wybrałam się ne urlop do Polski zapominając swoich antybiotyków przeciwtrądzikowych. Przeżyłam wysyp życia - dolna część policzków była jednym wielkim stanem zapalnym. Miałam umówioną u kosmetyczki mikrodermabrazję, kosmetyczka jednak widząc stan mojej twarzy załamała tylko ręce i zamiast mikrodermabrazji zrobiła mi darsonwalizację i ultradźwięki - efekt był bardzo dobry, stan zapalny został złagodzony, zaczerwienienie i opuchlizna złagodzone. Po powrocie do domu zmieniłam antybiotyki (na takie które nie robią mi na twarzy masakry po odstawieniu), cera się uspokoiła, a ja o Darsonvalu zapomniałam.
O Darsonwalizacji przypomniałam sobie przypadkiem trafiając na recenzję w Internecie. Recenzja była mega pozytywna, potem skojarzyłam "ach to to to takie to, co mi wtedy pomogło" i po sprawdzeniu cen na e-Bay bez większego namysłu urządzonko kupiłam.
Czy darsonwalizacja boli?
W zależności od tego, jaką intensywność wybierzemy, możemy odczuwać od niczego, poprzez lekkie łaskotanie aż do szczypania. Tolerancja na różnych miejscach ciała jest różna, poza tym nasza skóra po jakimś czasie się przyzwyczaja i możemy pozwolić sobie na więcej. Ja zaczynałam terapię twarzy od minimalnej mocy, obecnie jestem gdzieś w połowie pokrętła z mocą (moje pokrętło nie ma skali, więc ciężko to jakoś konkretniej opisać :P). Plecy od początku mogłam traktować większą mocą. Ogólnie nigdy nie należy przekraczać granicy swojego komfortu.
Jak przeprowadzić zabieg krok po kroku:
1. Oczyszczanie twarzy - zmywamy z twarzy wszelkie zanieczyszczenia i makijaż. Darsonval sam z siebie lekko wysusza i napina skórę, dlatego lepiej jest użyć jak najbardziej łagodnych środków, chociaż ogólnie wolę pianki, to na tę okazję używam mleczka. Jeśli myjemy twarz należy ją dokładnie osuszyć, jeśli używamy płynu micelarnego/mleczka dajmy im chwilę na wchłonięcie się odparowanie, ponieważ darsonwalizację należy przeprowadzać na całkowicie suchej skórze. Użycie urządzenia na wilgotnej skórze może grozić pęknięciem peloty!
2. Wybieramy odpowiednią do zabiegu pelotę. Pelot należy używać zgodnie z zastosowaniem - czyli grzebyk do skalpu, grzybek do całej twarzy/innych części ciała, pelota z kulką tylko do aplikacji miejscowej. Pelota z kulką ma największego kopa - czyli jeśli używam grzybka na połowie mocy, tak przy przejściu na kulkę muszę zmniejszyć nieco moc.
3. Miziamy się pelotą ;) jedyna zasada jaka obowiązuje to nie przetrzymywanie peloty w jednym miejscu na skórze dłużej niż 10 sekund. Dłuższe przetrzymanie może grozić podrażnieniem, a w najgorszym przypadku poparzeniem! Są trzy metody aplikacji:
4. Po zabiegu - Darsonval lekko ściąga i wysusza skórę, w związku z tym dobrze zaopatrzyć się w jakiś dobry krem nawilżający. Jeśli macie jakiś krem, który opornie i wolno się wchłania - będzie on idealny po darsonwalizacji, ponieważ po zabiegu skóra wpija wszystko jak szalona. Ja po zabiegu wklepuję dwie warstewki lotionu Hada Labo, a następnie serum Sidmool z astaksantyną, które jest nieco oleiste i zazwyczaj dość powoli się wchłania, a po Darsonvalu w kilka sekund nie ma po nim śladu. Normalnie nie nakładam nic na to oleiste serum, jednak po Darsonvalu moja spragniona skóra z chęcią przyjmuje na deser coś jeszcze: obecnie używam Bavipghat Snail Sleeing Pack.
5. Odkażanie - ani głowicy, ani pelot nie wolno zanurzać w wodzie. W celu wyczyszczenia i odkażenia urządzenia, przecieramy je wacikiem nasączonym alkoholem o zawartości etanolu min. 70%. Nasz polski, apteczny spirytus salicylowy zawiera 96%, brytyjski rubbing alcohol 70%.
Co się stanie jeśli przeholujemy?
Jeśli potraktujemy naszą skórę zbyt dużą mocą lub przetrzymamy pelotę w jednym miejscu zbyt długo może pojawić się lekka opuchlizna i zaczerwienienie skóry. Jeśli opuchlizna utrzymuje się dłużej niż dobę po zabiegu należy ją traktować jak poparzenie prądem i najlepiej udać się do lekarza.
Czy Darsonval naprawdę działa?
Działa, działa i to jak ;) Do tej pory, używając tego urządzenia na sobie, lubym i znajomych miałam okazję złagodzić darsonwalizacją trzy problemy skórne:
1. Trądzik - z trądzikiem borykam się od lat, chociaż odkąd jestem na antybiotykach jest lepiej, jednak nadal okazjonalnie dokuczy mi jakiś pryszcz. Darsonval rewelacyjnie sprawdza się przy trądziku podskórnym - moją największą zmorą są bolesne podskórne gule. Darsonvala używam regularnie na całą twarz, początkowo codziennie, obecnie co 2-3 dni. Jeśli czuję, że jakieś miejsce na twarzy boli i twardnieje, a więc zapowiada się na gulę - traktuję to miejsce pelotą punktową codziennie (można używać max. dwa razy dziennie, rano i wieczorem). Wówczas dzieje się magia - Darsonval już po 2, 3 użyciach potrafi wyciągnąć taką gulę na powierzchnię, dzięki czemu zamiast z bolesną gulą mierzymy się ze "zwykłym" pryszczem. A zwykły pryszcz to pikuś ;) Inny rodzaj trądziku dokucza mi na dekolcie i plecach - czerwone krosty, takie bez białej końcówki. Z nimi również radzi sobie Darsonval, po prostu znikają...
Dobroczynne działanie darsonwalizacji pod kątem leczenia trądziku zaobserwowała również moja koleżanka. Nigdy nie miała trądziku jako nastolatka, za to pojedyncze pryszcze zaczęły jej dokuczać po 50tce. W jej przypadku Darsonval zasuszył istniejące wypryski i przyspieszył ich gojenie się.
2. Łupież - mój luby od lat boryka się z łupieżem. Na skórze głowy robią mu się zaczerwienione, mocno łuszczące się placki. Nie wiemy co to jest - o brytyjskiej służbie zdrowia można by książki pisać, jedyne co wiemy, to że to "na tle nerwowym" i że na pewno nie łuszczyca. Stosowaliśmy już masę leczniczych szamponów: Nizoral, Oilatum, Neutrogena T-gel... Żaden z nich jednak nie rozwiązywał problemu. Na szczęście jest Darsonval :) luby był sceptyczny i niechętny, ale jakimś cudem udało mi się go namówić i przez dwa tygodnie robiliśmy zabieg codziennie. Przez pierwszy tydzień nie widzieliśmy efektów, podczas drugiego plamy "zbladły", a po dwóch tygodniach po prostu zniknęły. Od tamtej pory robię lubemu profilaktyczny zabieg co 3-4 dni i mamy problem (dosłownie) z głowy.
3. Egzema - moja dobra koleżanka ma egzemę, atopowe zapalenie skóry, jej skóra jest zaczerwieniona i łuszcząca. Syndromy pogarszają się przez spożywanie krowiego mleka, jajek i alkoholu. Pewnego razu zupełnie spontanicznie zaproponowałam jej zabieg - efekty były bardzo dobre, już po jednym zabiegu jej skóra wyglądała lepiej - zaczerwienie zostało zredukowane, zwłaszcza na czole. Niestety nie wiem jaki byłby długotrwały efekt kuracji, ponieważ na drugi zabieg nie dała się namówić. Składy moich kosmetyków, ślimaki i różne inne wynalazki ją przerosły ;)
Ile kosztuje i gdzie można kupić?
Darsonval jest łatwo dostępny i niedrogi, także każdy może go mieć. Ja swój kupiłam na e-Bay za 24 funty, czyli ok. 120zł. Na Allegro ceny podobnych urządzeń, czyli "przenośnych" zaczynają się od 70zł. Maszyny stacjonarne są o wiele droższe, w brytyjskich internetowych sklepach z urządzeniami do salonów ceny zaczynają się od 200 funtów (ok. 1000zł), na Allegro wypatrzyłam kilka takich urządzeń w okolicach 600zł. Czy jest sens kupować maszynę stacjonarną? Nie wiem, nigdy takiej nie używałam, ale jak dla mnie nie ma takiej potrzeby, bo przenośne urządzenie w zupełności mi wystarczy. Moim zdaniem miałoby to sens, jeśli chcemy upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i kupić urządzenie wielofunkcyjne, np. darsonwalizację z galwanizacją. Ja mam już jedną maszynę wielofunkcyjną: do mikrodermabrazji, kawitacji i sonoforezy, także wielkiego Darsonvala nie miałabym już nawet gdzie postawić ;)
Darsonval czy Derma Wand?
Jakiś czas temu na rynku kosmetycznym pojawiła się "innowacyjna" Derma Wand, magiczna różdżka. Derma Wand to nic innego jak Darsonval, tylko z jedną, króciutką i niewymienną końcówką. Jeśli więc stanęłabym przed wyborem kupna oryginalnego Derma Wand a "zwykłego" Darsonvala - wybrałabym Darsonvala ze względu na peloty, które można dobrać do części ciała i potrzeb. Wyobrażacie sobie leczenie skalpu tym kikutkiem Derma Wand przy długich włosach?
Podsumowując: chociaż darsonwalizacja może wyglądać czy brzmieć strasznie (te dziwne trzaski), to jest to łatwy i prosty do przeprowadzenia zabieg, który może pomóc nam przy wielu dolegliwościach. Ja już nie wyobrażam sobie życia bez Darsonvala, mam zamiar również kupić to urządzenie dla mojej mamy, na pewno się przyda.
Serdecznie polecam, zwłaszcza jeśli macie w domu kilku domowników borykających się z problemami skórnymi - u kosmetyczek darsonwalizacja kosztuje ok. 20zł, także inwestycja we własne urządzenie "zwróci" się już po kilku zabiegach.
Od kilku miesięcy jestem szczęśliwa posiadaczką przenośnego urządzenia do darsonwalizacji. Jestem bardzo zadowolona z jego działania, ba! Uważam, że to jedna z moich najlepszych inwestycji kosmetycznych. Dlatego postaram się Wam dziś przybliżyć temat zabiegów Darsonvalem w domowym zaciszu.
![]() |
| Pudełko od mojego Darsonvala. |
Urządzenie wykorzystuje prądy w granicach 300 do 500 kHz. Do głównego urządzenia podłączamy szklane peloty, które wypełnione są mieszanką gazów szlachetnych. Po włączeniu urządzenia, pelota podświetla się na niebieski lub pomarańczowy kolor. Przy zbliżeniu peloty do skóry powstają wyładowania elektryczne, które powodują wytworzenie się ciepła w tkankach, a na obszarze peloty wytwarza się ozon. Wyładowania elektryczne rozszerzają naczynia krwionośne, a ozon dezynfekuje. Dzięki temu zabieg darsonwalizacji przyspiesza przemianę materii w komórkach skóry, działa bakteriobójczo, zwiększa absorpcję kosmetyków.
![]() |
| Wnętrze pudełka. Luby myślał, że kupiłam sobie wymyślny wibrator :] |
Od lewej: pelota-grzebyk do skalpu, pelota-grzybek do dużych powierzchni ciała, pelota punktowa i pelota-łezka do trudno dostępnych miejsc. W innych zestawach można też upolować peloty w kształcie litery T (np. do żuchwy) oraz rolujące do większych powierzchni ciała.
Na spodzie urządzenia, obok kabelka jest pokrętło z regulacją mocy.
Dla kogo darsonwalizacja?
Darsonval szczyci się dość pokaźną listą wskazań . Zalecenia do zabiegów z użyciem tego urządzenia:
- trądzik
- podrażnienia skóry
- łojotok (zarówno skóry głowy jak i innych partii ciała)
- zapalenie mieszków włosowych
- wypadanie włosów
- łupież
- egzema
- zmarszczki i utrata jędrności skóry
- rozszerzone pory
- opryszczka
- blizny i przebarwienia
- odmrożenia
- zaburzenia krążenia
Przeciwwskazania do zabiegów darsonwalizacji:
- ciąża! Prądy mogą uszkodzić płód, a nawet spowodować poronienie.
- metalowe implanty w ciele - odpada też niestety stały aparat ortodontyczny
- wszelkie przerwania ciągłości skóry, zranienia
- nadciśnienie
- choroby serca
- astma
- stany gorączkowe
- cera mocno naczynkowa
- trądzik różowaty
- nadpobudliwość nerwowa i inne choroby układu nerwowego
- padaczka
- strach przed prądem
Co skłoniło mnie do zakupu własnego urządzenia?
Darsonwalizacja bardzo mi pomogła, kiedy wybrałam się ne urlop do Polski zapominając swoich antybiotyków przeciwtrądzikowych. Przeżyłam wysyp życia - dolna część policzków była jednym wielkim stanem zapalnym. Miałam umówioną u kosmetyczki mikrodermabrazję, kosmetyczka jednak widząc stan mojej twarzy załamała tylko ręce i zamiast mikrodermabrazji zrobiła mi darsonwalizację i ultradźwięki - efekt był bardzo dobry, stan zapalny został złagodzony, zaczerwienienie i opuchlizna złagodzone. Po powrocie do domu zmieniłam antybiotyki (na takie które nie robią mi na twarzy masakry po odstawieniu), cera się uspokoiła, a ja o Darsonvalu zapomniałam.
O Darsonwalizacji przypomniałam sobie przypadkiem trafiając na recenzję w Internecie. Recenzja była mega pozytywna, potem skojarzyłam "ach to to to takie to, co mi wtedy pomogło" i po sprawdzeniu cen na e-Bay bez większego namysłu urządzonko kupiłam.
Czy darsonwalizacja boli?
W zależności od tego, jaką intensywność wybierzemy, możemy odczuwać od niczego, poprzez lekkie łaskotanie aż do szczypania. Tolerancja na różnych miejscach ciała jest różna, poza tym nasza skóra po jakimś czasie się przyzwyczaja i możemy pozwolić sobie na więcej. Ja zaczynałam terapię twarzy od minimalnej mocy, obecnie jestem gdzieś w połowie pokrętła z mocą (moje pokrętło nie ma skali, więc ciężko to jakoś konkretniej opisać :P). Plecy od początku mogłam traktować większą mocą. Ogólnie nigdy nie należy przekraczać granicy swojego komfortu.
Jak przeprowadzić zabieg krok po kroku:
1. Oczyszczanie twarzy - zmywamy z twarzy wszelkie zanieczyszczenia i makijaż. Darsonval sam z siebie lekko wysusza i napina skórę, dlatego lepiej jest użyć jak najbardziej łagodnych środków, chociaż ogólnie wolę pianki, to na tę okazję używam mleczka. Jeśli myjemy twarz należy ją dokładnie osuszyć, jeśli używamy płynu micelarnego/mleczka dajmy im chwilę na wchłonięcie się odparowanie, ponieważ darsonwalizację należy przeprowadzać na całkowicie suchej skórze. Użycie urządzenia na wilgotnej skórze może grozić pęknięciem peloty!
2. Wybieramy odpowiednią do zabiegu pelotę. Pelot należy używać zgodnie z zastosowaniem - czyli grzebyk do skalpu, grzybek do całej twarzy/innych części ciała, pelota z kulką tylko do aplikacji miejscowej. Pelota z kulką ma największego kopa - czyli jeśli używam grzybka na połowie mocy, tak przy przejściu na kulkę muszę zmniejszyć nieco moc.
3. Miziamy się pelotą ;) jedyna zasada jaka obowiązuje to nie przetrzymywanie peloty w jednym miejscu na skórze dłużej niż 10 sekund. Dłuższe przetrzymanie może grozić podrażnieniem, a w najgorszym przypadku poparzeniem! Są trzy metody aplikacji:
- aplikacja pośrednia - przed zabiegiem pelotę posypujemy talkiem. Inną metodą jest również darsonwalizacja przez gazę. Tą metodę stosuje się, jeśli chcecie użyć Darsonvala do wprowadzenia w skórę ampułek, ALE muszą to być ampułki tylko i wyłącznie oleiste (na bazie olejów nie wody), ponieważ woda może spowodować pęknięcie peloty. Do wprowadzenia wszelkich innych ampułek służy sonoforeza, o której napiszę już wkrótce ;)
- aplikacja bezpośrednia - czyli pelota ma bezpośredni kontakt ze skórą.
- aplikacja iskrząca - czyli pelota jest blisko skóry, ale jej nie dotyka, łączy się natomiast ze skórą snopem iskierek (brzmi strasznie, ale straszne nie jest ;)). Najłatwiej jest uzyskać iskry pelotą punktową, używam więc tej metody na pojedyncze wypryski. Metody iskrzącej nie powinno stosować się w pobliżu oczu! Jeśli z jakiegoś powodu musimy, powinniśmy osłonić oczy, np. kawałkiem zwilżonej gazy.
![]() |
| Pelota grzybek w akcji |
![]() |
| Pelota grzybek - jak widzicie pelota podświetla się i działa tylko w miejscu styku ze skórą |
![]() |
| Serum Sidmool z astaksantyną - mój ulubiony produkt do użycia po darsonwalizacji. Działa rozjaśniająco, przeciwzapalnie i przyspiesza regenerację skóry. Kosztuje ok. 55zł na e-Bay. |
Co się stanie jeśli przeholujemy?
Jeśli potraktujemy naszą skórę zbyt dużą mocą lub przetrzymamy pelotę w jednym miejscu zbyt długo może pojawić się lekka opuchlizna i zaczerwienienie skóry. Jeśli opuchlizna utrzymuje się dłużej niż dobę po zabiegu należy ją traktować jak poparzenie prądem i najlepiej udać się do lekarza.
Czy Darsonval naprawdę działa?
Działa, działa i to jak ;) Do tej pory, używając tego urządzenia na sobie, lubym i znajomych miałam okazję złagodzić darsonwalizacją trzy problemy skórne:
1. Trądzik - z trądzikiem borykam się od lat, chociaż odkąd jestem na antybiotykach jest lepiej, jednak nadal okazjonalnie dokuczy mi jakiś pryszcz. Darsonval rewelacyjnie sprawdza się przy trądziku podskórnym - moją największą zmorą są bolesne podskórne gule. Darsonvala używam regularnie na całą twarz, początkowo codziennie, obecnie co 2-3 dni. Jeśli czuję, że jakieś miejsce na twarzy boli i twardnieje, a więc zapowiada się na gulę - traktuję to miejsce pelotą punktową codziennie (można używać max. dwa razy dziennie, rano i wieczorem). Wówczas dzieje się magia - Darsonval już po 2, 3 użyciach potrafi wyciągnąć taką gulę na powierzchnię, dzięki czemu zamiast z bolesną gulą mierzymy się ze "zwykłym" pryszczem. A zwykły pryszcz to pikuś ;) Inny rodzaj trądziku dokucza mi na dekolcie i plecach - czerwone krosty, takie bez białej końcówki. Z nimi również radzi sobie Darsonval, po prostu znikają...
Dobroczynne działanie darsonwalizacji pod kątem leczenia trądziku zaobserwowała również moja koleżanka. Nigdy nie miała trądziku jako nastolatka, za to pojedyncze pryszcze zaczęły jej dokuczać po 50tce. W jej przypadku Darsonval zasuszył istniejące wypryski i przyspieszył ich gojenie się.
2. Łupież - mój luby od lat boryka się z łupieżem. Na skórze głowy robią mu się zaczerwienione, mocno łuszczące się placki. Nie wiemy co to jest - o brytyjskiej służbie zdrowia można by książki pisać, jedyne co wiemy, to że to "na tle nerwowym" i że na pewno nie łuszczyca. Stosowaliśmy już masę leczniczych szamponów: Nizoral, Oilatum, Neutrogena T-gel... Żaden z nich jednak nie rozwiązywał problemu. Na szczęście jest Darsonval :) luby był sceptyczny i niechętny, ale jakimś cudem udało mi się go namówić i przez dwa tygodnie robiliśmy zabieg codziennie. Przez pierwszy tydzień nie widzieliśmy efektów, podczas drugiego plamy "zbladły", a po dwóch tygodniach po prostu zniknęły. Od tamtej pory robię lubemu profilaktyczny zabieg co 3-4 dni i mamy problem (dosłownie) z głowy.
3. Egzema - moja dobra koleżanka ma egzemę, atopowe zapalenie skóry, jej skóra jest zaczerwieniona i łuszcząca. Syndromy pogarszają się przez spożywanie krowiego mleka, jajek i alkoholu. Pewnego razu zupełnie spontanicznie zaproponowałam jej zabieg - efekty były bardzo dobre, już po jednym zabiegu jej skóra wyglądała lepiej - zaczerwienie zostało zredukowane, zwłaszcza na czole. Niestety nie wiem jaki byłby długotrwały efekt kuracji, ponieważ na drugi zabieg nie dała się namówić. Składy moich kosmetyków, ślimaki i różne inne wynalazki ją przerosły ;)
Ile kosztuje i gdzie można kupić?
Darsonval jest łatwo dostępny i niedrogi, także każdy może go mieć. Ja swój kupiłam na e-Bay za 24 funty, czyli ok. 120zł. Na Allegro ceny podobnych urządzeń, czyli "przenośnych" zaczynają się od 70zł. Maszyny stacjonarne są o wiele droższe, w brytyjskich internetowych sklepach z urządzeniami do salonów ceny zaczynają się od 200 funtów (ok. 1000zł), na Allegro wypatrzyłam kilka takich urządzeń w okolicach 600zł. Czy jest sens kupować maszynę stacjonarną? Nie wiem, nigdy takiej nie używałam, ale jak dla mnie nie ma takiej potrzeby, bo przenośne urządzenie w zupełności mi wystarczy. Moim zdaniem miałoby to sens, jeśli chcemy upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i kupić urządzenie wielofunkcyjne, np. darsonwalizację z galwanizacją. Ja mam już jedną maszynę wielofunkcyjną: do mikrodermabrazji, kawitacji i sonoforezy, także wielkiego Darsonvala nie miałabym już nawet gdzie postawić ;)
Darsonval czy Derma Wand?
Jakiś czas temu na rynku kosmetycznym pojawiła się "innowacyjna" Derma Wand, magiczna różdżka. Derma Wand to nic innego jak Darsonval, tylko z jedną, króciutką i niewymienną końcówką. Jeśli więc stanęłabym przed wyborem kupna oryginalnego Derma Wand a "zwykłego" Darsonvala - wybrałabym Darsonvala ze względu na peloty, które można dobrać do części ciała i potrzeb. Wyobrażacie sobie leczenie skalpu tym kikutkiem Derma Wand przy długich włosach?
Podsumowując: chociaż darsonwalizacja może wyglądać czy brzmieć strasznie (te dziwne trzaski), to jest to łatwy i prosty do przeprowadzenia zabieg, który może pomóc nam przy wielu dolegliwościach. Ja już nie wyobrażam sobie życia bez Darsonvala, mam zamiar również kupić to urządzenie dla mojej mamy, na pewno się przyda.
Serdecznie polecam, zwłaszcza jeśli macie w domu kilku domowników borykających się z problemami skórnymi - u kosmetyczek darsonwalizacja kosztuje ok. 20zł, także inwestycja we własne urządzenie "zwróci" się już po kilku zabiegach.
piątek, 9 stycznia 2015
Recenzja Laneige Skin Veil Base EX No. 40 Light Purple
Witam wszystkich w Nowym Roku, mam nadzieję że Święta i Sylwester były udane :)
Z góry przepraszam, że zdjęcia będą ciemne - mój aparat nie daje rady w sztucznym świetle, zazwyczaj ratuję się robieniem zdjęć na parapecie, żeby mieć jak najjaśniejsze naturalne światło - niestety zimną w Szkocji panuje totalna ciemnica, nawet za dnia (bardzo mocne zachmurzenie) =.=
Opis produktu: Baza pod makijaż chroniąca przed promieniami UV. Efekt wygładzenia i zmiękczenia niczym przykrycie skóry welonem. (lol)
Baza zawiera trzy filtry UV: Ethylhexyl methoxycinnamate, dwutlenek tytanu i tlenek cynku, które dają temu produktowi SPF22 PA++.
W składzie nie znajdziemy żadnych ekstraktów roślinnych, co z jednej strony mnie zdziwiło, a z drugiej strony ma sens. W bazie Skin Food Black Egg był ekstrakt z ryżu, w bazie TCFS Rules of Pore były ekstrakty i kwas hialuronowy, w bazie Laneige zaś pustka. Ale ma to sens, ponieważ baza jest bazą, nie kosmetykiem pielęgnacyjnym i nawet jeśli ekstrakty zawiera, to za wiele one nie zdziałają w tym morzu silikonów ;)
Pełen skład: Water, Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Alcohol, Butylene Glycol, C12-15 Alkyl Benzoate, Trisiloxane, Titanium Dioxide, Polymethyl Methacrylate, Glycerin, Lauryl PEG-9 Polydimethylsiloxyethyl Dimethicone, Talc, Sodium Chloride, Zinc Oxide, Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Disteardimonium Hectorite, Dimethicone/Vinyldimethicone Crosspolymer, Dimethicone/PEG-10/15 Crosspolymer, Dimethicone/Polyglycerin-3 Crosspolymer, Aluminum Stearate, Polyhydroxystearic Acid, Chromium Oxide Greens, Methylparaben, CI77492, Alumina, Fragrance, Disodium Edta, Propylparaben, Aluminum Hydroxide, Triethoxycaprylylsilane
Analiza składu [TUTAJ]
Pełnowymiarowy produkt to buteleczka z pompką o pojemności 30ml, ja kupiłam zestaw dziesięciu saszetek z próbkami. Jedna próbka 1ml wystarcza na ok. 3 aplikacje.
Baza jest dostępna w trzech kolorach: No. 20 Light Peach, No. 40 Light Purple i No. 60 Light Green. Brzoskwiniowa ma nadawać skórze zdrowy koloryt, fioletowa rozjaśniać a zielona redukować zaczerwienienie. Gdybym mogła najchętniej wypróbowałabym wszystkie 3 żeby mieć porównanie, niestety próbki dostępne są tylko w fiolecie.
Baza ma bardzo specyficzną konsystencję, po wydobyciu z saszetki wydaje się być zwykłym kremikiem, jednak podczas nakładania ma jakby suchą konsystencję. Przez to nie jest zbyt wydajna - ilość pokazana na zdjęciu nie wystarczy na pokrycie całej twarzy:
Mimo, że konsystencja jest "sucha" i lekka, produkt czuć na twarzy. Można by oczywiście spróbować po prostu nakładać go mniej, ale w moim przypadku nie da się nakładać mniej, w małej ilości baza nie przykrywa moich rozszerzonych porów. W większej ilości też nie przykrywa porów idealnie, ale na pewno trochę pomaga je zatuszować.
Chociaż z porami daje radę średnio, to dobrze sprawdza się w wyrównywaniu kolorytu cery i rozjaśnianiu:
Kostka małego palca i zewnętrzna krawędź dłoni bazy nie dostała - widzicie różnicę? Tam gdzie jest baza skóra jest lekko wybielona. Chociaż bielenie może budzić obawy Zmierzchowego efektu na twarzy, to jednak zapewniam że pod makijażem jest ok - nie wygląda się trupio blado, cera ma po postu bardziej wyrównany koloryt.
Z jakiegoś powodu baza średnio dogaduje się z kremami BB. Kremy BB lubią wtopić się w skórę, mam wrażenie, że ta baza przez to, że sama siedzi na skórze wyczuwalną warstewką nie pozwala kremom się wtopić i przez to makijaż po 6-8 godzinach się nieco ścina. Tworzy za to idealny duet z podkładami, które też raczej siedzą na skórze zamiast się w nią wtapiać - stworzyła bardzo dobry duet z podkładem Maybelline Dream Satin Liquid. Ponieważ jednak na co dzień nie mogę używać zwykłych podkładów (pogarszają mój trądzik), zaniechałam używania tej bazy na co dzień i obecnie duet Laneige Skin Veil + Maybelline Satin Liquid to mój zestaw na wyjścia.
Baza ma przyjemny, chociaż trudny do zidentyfikowania zapach. Jest neutralna pod względem produkcji sebum - ani go nie wzmaga, ani nie redukuje.
Cena: pełnowymiarowy produkt kosztuje około 20 funtów (ok. 100zł) na e-Bayu, Amazonie, Tester Korea. Ja kupiłam zestaw 10 próbek za 3 funty (ok.15zł) na e-Bay.
Plusy
+ SPF - chociaż zazwyczaj w bazach nie ma to znaczenia, ponieważ nakładamy bazę w zbyt małych ilościach żeby bloker mógł działać, tak w przypadku tej bazy, którą trzeba nakładać szczodrze, mam wrażenie że coś tam zdziała
+ wyrównuje koloryt cery
+ w połączeniu z podkładem daje bardzo ładny efekt jednolitej, gładkiej jasnej skóry
+ ładny zapach
Minusy:
- trzeba nakładać sporo, a i tak nie przykrywa idealnie porów
- czuć ją na twarzy
- nie dogaduje się z kremami BB
- jak na produkt, który tyłka nie urywa - dość droga
Podsumowanie: W sumie sama nie do końca wiem, co myśleć o tym produkcie - nie jest zły, ale też nie urwał mi tyłka swoją świetnością. Wydaje mi się, że wiele zależy od oczekiwań, głównym powodem dla którego ja sięgam po bazy jest przykrycie kraterów na twarzy - jeśli masz ten sam problem, to może odpuść sobie tą bazę, o połowę tańsza baza Skin Food Black Egg lepiej dała radę pod tym względem. Ale jeśli oczekujesz tylko wyrównania kolorytu cery, wygładzenia - czemu nie, warto wypróbować.
Zastanawia mnie jaki efekt byłby stosując tą bazę z podkładem z tej samej serii. Skoro sprawdziła się lepiej z podkładem niż kremem BB, może właśnie trzeba tego duetu żeby urwało tyłek z zachwytu? Niestety bardzo ciężko dostać próbki podkładu, ale kto wie, może kiedyś wypróbuję je razem :)
Z góry przepraszam, że zdjęcia będą ciemne - mój aparat nie daje rady w sztucznym świetle, zazwyczaj ratuję się robieniem zdjęć na parapecie, żeby mieć jak najjaśniejsze naturalne światło - niestety zimną w Szkocji panuje totalna ciemnica, nawet za dnia (bardzo mocne zachmurzenie) =.=
Opis produktu: Baza pod makijaż chroniąca przed promieniami UV. Efekt wygładzenia i zmiękczenia niczym przykrycie skóry welonem. (lol)
Baza zawiera trzy filtry UV: Ethylhexyl methoxycinnamate, dwutlenek tytanu i tlenek cynku, które dają temu produktowi SPF22 PA++.
W składzie nie znajdziemy żadnych ekstraktów roślinnych, co z jednej strony mnie zdziwiło, a z drugiej strony ma sens. W bazie Skin Food Black Egg był ekstrakt z ryżu, w bazie TCFS Rules of Pore były ekstrakty i kwas hialuronowy, w bazie Laneige zaś pustka. Ale ma to sens, ponieważ baza jest bazą, nie kosmetykiem pielęgnacyjnym i nawet jeśli ekstrakty zawiera, to za wiele one nie zdziałają w tym morzu silikonów ;)
Pełen skład: Water, Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Alcohol, Butylene Glycol, C12-15 Alkyl Benzoate, Trisiloxane, Titanium Dioxide, Polymethyl Methacrylate, Glycerin, Lauryl PEG-9 Polydimethylsiloxyethyl Dimethicone, Talc, Sodium Chloride, Zinc Oxide, Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Disteardimonium Hectorite, Dimethicone/Vinyldimethicone Crosspolymer, Dimethicone/PEG-10/15 Crosspolymer, Dimethicone/Polyglycerin-3 Crosspolymer, Aluminum Stearate, Polyhydroxystearic Acid, Chromium Oxide Greens, Methylparaben, CI77492, Alumina, Fragrance, Disodium Edta, Propylparaben, Aluminum Hydroxide, Triethoxycaprylylsilane
Analiza składu [TUTAJ]
Pełnowymiarowy produkt to buteleczka z pompką o pojemności 30ml, ja kupiłam zestaw dziesięciu saszetek z próbkami. Jedna próbka 1ml wystarcza na ok. 3 aplikacje.
Baza jest dostępna w trzech kolorach: No. 20 Light Peach, No. 40 Light Purple i No. 60 Light Green. Brzoskwiniowa ma nadawać skórze zdrowy koloryt, fioletowa rozjaśniać a zielona redukować zaczerwienienie. Gdybym mogła najchętniej wypróbowałabym wszystkie 3 żeby mieć porównanie, niestety próbki dostępne są tylko w fiolecie.
Baza ma bardzo specyficzną konsystencję, po wydobyciu z saszetki wydaje się być zwykłym kremikiem, jednak podczas nakładania ma jakby suchą konsystencję. Przez to nie jest zbyt wydajna - ilość pokazana na zdjęciu nie wystarczy na pokrycie całej twarzy:
Mimo, że konsystencja jest "sucha" i lekka, produkt czuć na twarzy. Można by oczywiście spróbować po prostu nakładać go mniej, ale w moim przypadku nie da się nakładać mniej, w małej ilości baza nie przykrywa moich rozszerzonych porów. W większej ilości też nie przykrywa porów idealnie, ale na pewno trochę pomaga je zatuszować.
Chociaż z porami daje radę średnio, to dobrze sprawdza się w wyrównywaniu kolorytu cery i rozjaśnianiu:
Kostka małego palca i zewnętrzna krawędź dłoni bazy nie dostała - widzicie różnicę? Tam gdzie jest baza skóra jest lekko wybielona. Chociaż bielenie może budzić obawy Zmierzchowego efektu na twarzy, to jednak zapewniam że pod makijażem jest ok - nie wygląda się trupio blado, cera ma po postu bardziej wyrównany koloryt.
Z jakiegoś powodu baza średnio dogaduje się z kremami BB. Kremy BB lubią wtopić się w skórę, mam wrażenie, że ta baza przez to, że sama siedzi na skórze wyczuwalną warstewką nie pozwala kremom się wtopić i przez to makijaż po 6-8 godzinach się nieco ścina. Tworzy za to idealny duet z podkładami, które też raczej siedzą na skórze zamiast się w nią wtapiać - stworzyła bardzo dobry duet z podkładem Maybelline Dream Satin Liquid. Ponieważ jednak na co dzień nie mogę używać zwykłych podkładów (pogarszają mój trądzik), zaniechałam używania tej bazy na co dzień i obecnie duet Laneige Skin Veil + Maybelline Satin Liquid to mój zestaw na wyjścia.
Baza ma przyjemny, chociaż trudny do zidentyfikowania zapach. Jest neutralna pod względem produkcji sebum - ani go nie wzmaga, ani nie redukuje.
Cena: pełnowymiarowy produkt kosztuje około 20 funtów (ok. 100zł) na e-Bayu, Amazonie, Tester Korea. Ja kupiłam zestaw 10 próbek za 3 funty (ok.15zł) na e-Bay.
Plusy
+ SPF - chociaż zazwyczaj w bazach nie ma to znaczenia, ponieważ nakładamy bazę w zbyt małych ilościach żeby bloker mógł działać, tak w przypadku tej bazy, którą trzeba nakładać szczodrze, mam wrażenie że coś tam zdziała
+ wyrównuje koloryt cery
+ w połączeniu z podkładem daje bardzo ładny efekt jednolitej, gładkiej jasnej skóry
+ ładny zapach
Minusy:
- trzeba nakładać sporo, a i tak nie przykrywa idealnie porów
- czuć ją na twarzy
- nie dogaduje się z kremami BB
- jak na produkt, który tyłka nie urywa - dość droga
Podsumowanie: W sumie sama nie do końca wiem, co myśleć o tym produkcie - nie jest zły, ale też nie urwał mi tyłka swoją świetnością. Wydaje mi się, że wiele zależy od oczekiwań, głównym powodem dla którego ja sięgam po bazy jest przykrycie kraterów na twarzy - jeśli masz ten sam problem, to może odpuść sobie tą bazę, o połowę tańsza baza Skin Food Black Egg lepiej dała radę pod tym względem. Ale jeśli oczekujesz tylko wyrównania kolorytu cery, wygładzenia - czemu nie, warto wypróbować.
![]() |
| Laneige Skin Veil Foundation |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































