wtorek, 14 października 2014

Szkocka kuchnia: śniadanie mistrzów czyli Full Scottish Breakfast

Brytyjska kuchnia ma opinię jednej z najgorszych na świecie. Ja się z tą opinią nie zgadzam - miałam to szczęście, że moja pierwsza pełnoetatowa praca w Szkocji była w hotelu z bardzo dobrą restauracją i miałam okazję spróbować wiele naprawdę wspaniałych potraw. Dzisiaj opiszę Wam mój ulubiony element brytyjskiej kuchni - pełne śniadanie. Posiłkować się będę zdjęciami z internetu (źródła będą podane pod zdjęciami), ponieważ nie mam Instagramowego zwyczaju fotografowania swojego jedzenia :P Zaczynajmy!

źródło: tripadvisor.com/media/photo-s/03/89/31/a6/full-scottish-breakfast.jpg
Szkockie śniadanie jest absolutnie niezastąpione, kiedy wiemy, że czeka nas długi dzień lub... mamy kaca xD W zależności od tego gdzie jemy może składać się z różnych elementów. Na powyższym zdjęciu, idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara od jajka:

1. Jajko - w zależności od miejsca gdzie jemy jajko można wybrać (sadzone, w koszulkach, jajecznica) lub nie - jeśli nie można wybrać rodzaju jajka możemy być pewni, że dostaniemy sadzone.

2. Bekon - bekon to obowiązkowy element szkockiego śniadania! W polskiej kuchni znany jest nam głównie boczek. W UK jest kilka rodzajów bekonu, moim ulubionym jest "streaky becon" czyli właśnie nasz boczek, bekon w paski, często pojawiający się w amerykańskich filmach i kreskówkach. Tutaj jednak najpopularniejszym bekonem jest taki jak na zdjęciu - back becon, w kształcie owalu z ogonkiem, pozyskiwany z pleców świni. W sklepach dostać możemy bekon wędzony lub nie, w knajpach z reguły podawany jest nie wędzony, bo ma bardziej neutralny smak (osoba, która lubi wędzony przeżyje z niewędzonym, osoba która nie lubi wędzonego nie przeżyje z wędzonym :P chociaż ja dużej różnicy w smaku nie czuję). Różni ludzie różnie bekon przyrządzają, ogólnie najbardziej pożądany jest bekon przygotowany tak jak na zdjęciu - z przysmażonym tłuszczykiem na brzegach i na ogonku, ale wciąż różowym środkiem.

Back becon, źródło: http://www.touristinformationcentres.net/webshop/images/webshop/119/product/large/Lean-Rindless-Back-Bacon.JPG
Streaky becon, źródło: http://www.touristinformationcentres.net/webshop/images/webshop/119/product/large/Lean-Rindless-Back-Bacon.JPG

3. Black pudding - czyli coś w stylu naszej kaszanki czy śląskiego krupnioka, jednak zamiast pojedynczych kiełbasek przygotowywana jest w jednym grubym pętku i krojona w plastry (jak mortadela :P), na talerzu dostaniemy więc krążki. Black pudding nie ma żadnej skórki, pętko jest owinięte w folię, którą ściąga się przed kojeniem, ma tak zbitą konsystencję że się nie rozpada. Jak dla mnie bomba, bo skórki z kaszanki i tak nie jem :P ze względu na obecność płatków owsianych nasiąka tłuszczem podczas smażenia, ale mimo że jest tłusty, jest absolutnie przepyszny. 

Źródło: http://www.buryblackpuddings.co.uk/images/products/2.jpg

4. Grillowane pomidory - w zależności od miejsca możemy dostać grillowane połówki normalnego pomidora lub pomidorki koktajlowe grillowane w całości. Ja osobiście ten element zawsze pomijam, nie lubię pomidorów gotowanych w skórce :P

5. Grzybki - podsmażone na maśle, z reguły niedoprawione, także każdy przyprawia według własnego uznania na talerzu. W burżujskim hotelu gdzie pracowałam podawana była mieszanka leśnych grzybów,  w zwyczajnych knajpach i kawiarniach dostaniemy sklepowe pieczarki. W UK nie ma zwyczaju zbierania grzybów, są firmy lub pojedyncze osoby które się tym zawodowo zajmują i od takich osób grzyby można kupić po niemałych cenach. Dzieci w szkołach już od małego uczone są, że nie wolno zbierać nic z lasu (ani grzybów, ani jagód, ani jeżyn), bo można się otruć, więc jak szkockim znajomym mówię że idę na grzyby, to patrzą na mnie jak na wariata. W związku z tym "wild mushrooms", grzyby leśne, uważane są poniekąd za towar luksusowy.

6. Kiełbaski - brytyjskie kiełbaski niestety znacznie różnią się od naszej poczciwej kiełbasy. Przede wszystkim tutaj wszystkim wszystko co nie ma w nazwie zaznaczonego "smoked" nie jest wędzone - czyli odwrotnie niż u nas, bo u nas jak mówimy "kiełbasa" to mamy na myśli wędzoną kiełbasę typu śląska, natomiast nie wędzona kiełbasa ma dwuczłonową nazwę, kiełbasa biała. Tutaj standardowo kiełbasa nie jest wędzona, zwłaszcza ta śniadaniowa. Jest też mniejsza od naszej kiełbasy, takie paluszki :P Standardem jest kiełbasa wieprzowa, w bardziej burżujskich miejscach możemy dostać do wyboru również wołową lub z jeleniny, istnieją też wariacje z owocami, np. wieprzowina z jabłkiem lub jelenina z żurawiną. Ja osobiście za wieprzowymi nie przepadam, są jakieś takie nijakie, najbardziej smakują mi te z jelenia (oczywiście najdroższe...). Ogólnie jeśli mam zamiar przygotować sobie w domu Scottish Breakfast, to mogę oszczędzić na wielu produktach i kupić najtańsze oprócz kiełbasek właśnie, tanie supermarketowe są paskudne, najlepiej wybrać się do porządnego mięsnego.


Źródło: http://www.foodandwine.com/assets/images/201307-a-how-to-make-breakfast-sausage.jpg/variations/HD.jpg
5. Haggis - element typowy tylko dla Szkockiego śniadania. Haggis to tradycje szkockie danie przyrządzone z owczych podrobów - wątroby, serca i płuc, wymieszanych z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszytych i duszonych w owczym żołądku. Tradycyjnie haggis ma kształt takiej bulwy, wielkiego jaka, gotuje się go w całości, następnie nacina flak i zajada środek. Można też jednak spotkać haggis uformowany w grube pętko, który kroi się w plastry i to właśnie plastry z reguły są podawane do śniadania. Haggisu w całości nie próbowałam, próbowałam ten w plastrach i w sumie był dość podobny smakiem do black puddingu, trochę bardziej słodkawy.

Haggis w tradycyjnej formie, źródło: http://www.celtnet.org.uk/recipes/miscellaneous/fetch-recipe.php?rid=misc-ancient-haggis

6. Hash brown - to coś w rodzaju placka ziemniaczanego - starte ziemniaki uformowane są w gruby trójkątny plasterek i smażone na głębokim tłuszczu. Hash brown powinien być chrupiący na wierzchu i miękki w środku. Jeśli jadłaś/eś kiedyś zestaw śniadaniowy w McDonald's i zamiast frytek wybrałeś placek ziemniaczany - to właśnie McDonaldowska wersja hash brown. W UK McD to chyba jedyne miejsce, gdzie możemy dostać hash brown w kształcie innym niż trójkąt ;)

7. Tattie scone - (poza Szkocją znane jako Potato scone) - kolejna wariacja na temat placka ziemniaczanego. W sumie ciężko przyrównać to do czegokolwiek znanego w Polsce - jest to gładka masa z ugniecionych ziemniaków i masła, uformowana w kwadratowy lub okrągły placek przedzielony tak, aby rozerwać go na trójkąty (z reguły dwa jeśli był kwadratowy lub cztery jeśli jest okrągły), lekko oprószony mąką. Tattie scone podgrzewa się delikatnie na patelni. Jest pyszny i bardzo sycący, najbardziej lubię go łączyć z jajkiem.

Źródło: http://forums.downloadfestival.co.uk/m5811441-p9.aspx

Inne elementy Full Breakfast, których zabrakło na pierwszym zdjęciu:

Pieczone ziemniaczki - czasami zamiast hash brown czy tattie scone dostać nam się mogą zwykłe, pokrojone w ćwiartki i podpieczone ziemniaczki. Zwyczaj podobno częściej praktykowany w Anglii (ponoć, bo nigdy w Anglii śniadania nie jadłam), w Szkocji rzadko można się z tym spotkać, Szkoci lubią placki :P

Baked Beans - czyli fasolka w sosie pomidorowym. O ile jakoś pogodziłam się z obecnością ziemniaków w śniadaniu, tak z fasolką nadal pogodzić się nie mogę. Zwłaszcza, że kompletnie mi ona nie smakuje, jakaś taka nijaka, ot fasolka w słabym keczupie. Fuj. Co ciekawe jeśli pójdziecie do sklepu i zapytacie o fasolkę, po prostu "beans" to automatycznie pokazane zostaną wam właśnie te fasolki w sosie pomidorowym. Jak chcecie jakąkolwiek inną fasolę, to trzeba się dokładniej określić :P

Źródło: http://static.tumblr.com/9274614fd8c310777d1757daa6290fad/p4ef5gp/G6Fmx396i/tumblr_static_beans-on-toast.jpg

Wariacją szybkiego śniadania mogą być przedstawione powyżej "beans on toast". Spotykane też jako szybki lunch czy inna przekąska w ciągu dnia. Wciąż fuj :P

Fried bread - chleb podsmażony na maśle na patelni (z jakiegoś powodu smakuje zupełnie inaczej niż tost posmarowany masłem) lub french toast czyli chleb obtoczony w jajku i następnie usmażony na patelni. Tłuste to to jak cholera, ale jakie dobre...

Lorne sausage - rodzaj kiełbasy w postaci czterokątnego (kwadratowego lub lekko trapezowego) bloku, smażonej w plastrach. Jest słona i trochę... sucha.


Źródło: http://tendertaste.com/products/lorne-sausage
White pudding - rodzaj kaszanki, ale bez krwi. Rzadko spotykany, nidy nie miałam okazji go próbować...

Fruit pudding - podawany tak samo jak black pudding, w plastrach. Jest to mieszanka mąki, tłuszczu i suszonych owowców. Kupiłam go kiedyś przez przypadek w brakfast packu (taka tacka z działu mięsnego, kilka plastrów black puddig, lorne sausage, kiełbaski i to) myśląc, że to white pudding... i było to wyjątkowo traumatyczne przeżycie, nie znoszę suszonych owoców, do tego dodatki zwierzęce, dziwny smak.


Źródło: http://www.ramsayofcarluke.co.uk/images/Fruit%20Pudding%20Sliced.JPG
Pancakes - czyli naleśniki, dostać je możemy jako dodatek lub zamiast tostów. Tradycyjne Brytyjskie naleśniki różnią się dość mocno od naszych, przede wszystkim są małe i puchate (ciasto jest gęstsze i z proszkiem do pieczenia), smażone bez tłuszczu. Mimo, że ciasto na pancakes jest zawsze słodkie, to ludzie jadają je ze słonymi dodatkami, np. z bekonem. Ja jednak wolę je na słodko, najlepiej z syropem klonowym ^^

Źródło: http://zenandgenki.files.wordpress.com/2012/04/pancakes.jpg
Oczywiście w domach ludzie przyrządzają też naleśniki takie jak w Polsce - płaskie (znane też jako crumpets), jeśli jednak zamówimy pancakes w knajpie możemy się raczej spodziewać tych puchatych.


A co do śniadania?
Zapomnij o świeżych chrupiących bułeczkach na śniadanie. Full Breakfast zawsze serwowany jest z tostami, wiele hoteli ma nawet takie bajeranckie stoiki na tosty (w Polsce nigdy się z czymś takim nie spotkałam):

Źródło: http://xkristinax.blogas.lt/files/2011/09/ercuis-toast-rackc18304.jpg
Jeśli jemy w hotelu czy przybytku typu Bed&Breakfast (czyli pokój na noc ze śniadaniem w cenie) to tosty dostaniemy w pierwszej kolejności, a na stole będzie masło (nigdy margaryna! Chyba że podacie specyficznie przy rezerwacji, że np. nie tolerujecie laktozy) i selekcja dżemów i marmolad - także słodki tost z dżemem pełni funkcję przystawki, nie deseru. Przy czym popularne brytyjskie marmolady mają specyficzne smaki, które nie są znane w Polsce - np. marmolada pomarańczowa (często ze skórkami, więc jest... gorzka) lub rabarbar z imbirem.

Do tego zawsze będzie na nasz czekał sok pomarańczowy, w dobrych hotelach świeżo wyciskany przed podaniem - za prawdę powiadam Wam, istna zmora kelnerska :P No i oczywiście herbata lub kawa. Herbatę, jak powszechnie wiadomo, w UK pije się z mlekiem - ale powiem Wam, że tutejsze mleko smakuje inaczej, w Polsce bawarki nie lubiłam, tutaj natomiast mi smakuje. Ale najlepiej w postaci bardzo mocnej herbaty z kropelką mleka, wciąż trochę brzydzi mnie "baby tea", czyli mleko z kropelką herbaty :P

Zazwyczaj jest też dostępny bufet, gdzie podczas oczekiwania na nasze smażone śniadanie możemy poczęstować się płatkami śniadaniowymi, jogurtami, owocami itp. A więc znów, słodkie jogurty czy owoce pełnią funkcję przystawki, nie tak jak u nas deseru.
A wracając do bułeczek. Jedną z wariacji szybkiego śniadania jest breakfast roll, czyli bułka śniadaniowa z wybranym środkiem: może być z bekonem, z kiełbaską, z jajkiem albo ze wszystkim na raz. Brytyjskie bułki śniadaniowe różnią się jednak od naszych bułek - przede wszystkim są miękkie, nie chrupiące i  można je dostać w dwóch wariacjach: bap to sama miękka bułka, breakfast roll to miękka bułka oprószona od góry mąką. W Szkocji możemy spotać też "well fired rolls", czyli bułki przypalone od góry, czasem przyprószone mąką, czasem nie.


Szkocka well fired roll z bekonem, źródło: http://www.mortonsrolls.com/wp-content/uploads/2012/08/Crispy-Well-Fired-2.jpg
Bułka śniadaniowa musi mieć jakieś ugotowane/usmażone, ciepłe wnętrze, Brytyjczycy lubią ciepłe śniadania, moi szkoccy znajomi na wieść o tym, że w Polsce popularną praktyką jest jedzenie zwykłych kanapek na śniadanie zareagowali niedowierzaniem.

Czym się różnią śniadanie Szkockie, Angielskie, Irlandzkie i Walijskie?
Cóż, różnice są niewielkie. Haggis dostaniemy tylko w szkockim śniadaniu,  podobnie z fruit i white puddingiem. W sumie terminy "English Breakfast", "Scottish Breakfast" itp. można stosować zamiennie, byle tylko nie zamawiać Angielskiego Śniadania w Szkocji :P Państwa członkowskie Wielkiej Brytanii są bardzo wrażliwe na punkcie swojej odrębności narodowej.

W Szkocji popularnym dodatkiem do śniadania (lub zamiennikiem) jest porridge, czyli owsianka. Tradycyjnie przygotowywana z owsa moczonego przez noc w wodzie i rano gotowanego, gęsta, kleista i bardzo sycąca. Tradycyjnie powinna być przyrządzana na wodzie, niektórzy jednak robią ją na mleku lub po ugotowaniu na wodzie dodają trochę mleka. Może być jedzona naturalna, na słono lub na słodko z dodatkiem owoców/miodu/cukru/golden syrup (rodzaj syropu cukrowego). Powszechnie dostępne są owsianki ekspresowe, działające na zasadzie gorącego kubka, zalewamy do kreski, przykrywamy, czekamy chwilę i gotowe. W hotelach jednak powinna być to owsianka tradycyjna, w związku z czym goście proszeni są o zamówienie jej już wieczorem.

Źródło: http://www.greatbritishchefs.com/recipes/pinhead-oat-porridge

Ogólnie chociaż Full Breakfast może wydawać się bardzo ciężkie (jest dość tłuste), to ze względu na to, że jest podawane z rana, nie obciąża mocno organizmu, a doskonale sprawdza się na wycieczkach. Jeśli wybieramy się gdzieś na kilka dni, zawsze w hotelu zamawiamy pełne śniadanie, dzięki niemu nie musimy robić dodatkowych przystanków na jedzenie, głód trzyma się z daleka do późnych godzin popołudniowych.
Komu narobiłam smaka? :P

czwartek, 9 października 2014

Dlaczego warto sprawdzać składy: L'oreal krem na noc Kod Młodości

Zaletą pracy w sklepie jest to, że można wyhaczyć dobrą okazję bez polowania. Jakiś czas temu mieliśmy troszkę zmian w dziale z kosmetykami i udało mi się wyhaczyć przeceniony krem na noc L'oreal za całe 3 funty, a normalnie kosztował kilkanaście :D Krem został przeceniony, ponieważ L'oreal postanowił odświeżyć serię i zmienić opakowania.
Przyznam szczerze, że początkowo nawet nie planowałam recenzji tego kremu. Kupiłam go na zasadzie zapchaj dziury, bo obudziłam się z ręką w nocniku, że krem na noc mi się kończy, a na przesyłką z Korei trzeba czekać te minimum dwa tygodnie. Skusiłam się na ten krem, bo do L'oreal mam sentyment. Na 16-te urodziny dostałam w prezencie od koleżanki zestaw L'oreal Pure Zone (do cery trądzikowej, już nie produkują tej serii), składający się z żelu do twarzy, toniku, kremu i czegoś punktowego + kosmetyczki. Kosmetyki sprawiły się dobrze, jednak jako że nie dostawałam regularnego kieszonkowego miałam problem z dozbieraniem środków aby ponownie kupić sobie całą serię, wybrałam więc jednego ulubieńca (krem) i używałam go przez praktycznie całe liceum. Genialna w tym zestawie była kosmetyczka - tak solidna, że używam jej po dziś dzień, 7 lat!

Ale do rzeczy, krem ten kupiłam dobre kilka miesięcy temu, kiedy to czekałam na dostawę moich kremów od Secret Key. Użyłam go może ze dwa razy, wydawał się ok, ale jak tylko Secret Key zapukało do moich drzwi L'oreal odszedł w niepamięć. Niedawno wykończyłam ślimakowy krem, a ślimakowy żel jest za lekki na noc, przypomniałam więc sobie o kodzie młodości i zaczęłam używać... Oto on:



Kremidło jest zapakowane w ciężki szklany słoiczek o pojemności 50ml. Słoiczek zapakowany był kartonik owinięty folią, który niestety wyrzuciłam, w związku z czym nie podam Wam autentycznego opisu producenta, ale w opisie nowej wersji tego kremu możemy przeczytać:
Po 1 przebudzeniu, skóra jest bardziej świeża, nawilżona i wygładzona.
Po 7 nocach zdolność do regeneracji wzrasta.
Po 28 nocach zmarszczki są widocznie zmniejszone. Skóra wygląda młodziej.


Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Ale nie uprzedzajmy faktów.




Kremidło ma fajny, lawendowy kolorek, który do mnie przemawia: użyj mnie, a nawilżę i ukoję. Znów obiecanki cacanki :P Krem ma niesamowicie intensywny zapach. Zapach jet specyficzny, trochę przyciężki, perfumowy, burżujski. Utrzymuje się na skórze długo, na twarzy czuć go będziemy przez chwilę, ale mam go właśnie na dłoniach i co zbliżę dłoń do twarzy to go czuję (a mam katar!). I tu pojawia się pierwsza wątpliwość - na co moim zmarszczkom perfumy?




Krem ma fajną konsystencję, treściwą ale nie za ciężką. Po chwili wchłania się do matu i to tak skutecznie, że nawet rano twarz jest wciąż względnie matowa. Mam tłustą cerę i przypuszczam, że od biedy mogłabym go użyć na dzień, ale oszczędnie, bo zostawia na twarzy lekko wyczuwalną warstewkę. Nawilżenie też spoko. Jaki jest więc mój problem z tym kremem?
Od lutego jestem na antybiotykach trzymających w ryzach mój trądzik. Trądzik z jakim przyszło mi się zmagać, to ropne, podskórne gule, dręczą mnie jedna, góra dwie równocześnie, ale są bardzo bolesne, długo się goją i zostawiają blizny. Odkąd jestem na antybiotykach gula nie wyskoczyła mi ani jedna, czasem przed okresem dopadnie mnie jakiś pryszcz, ale pryszcz "klasyczny", grudka z białą końcówką, szybko się gojąca. Gule trzymały się z daleka dopóki nie zaczęłam używać tego kremu przez kilka dni z rzędu - w ciągu tygodnia pojawiły się trzy gule. Trzy! Rekord! Jak żyję nie wyskoczyły mi trzy na raz! Pierwszą udało mi się szybko wyplenić, drugą zdusiłam w zarodku (niezastąpione plasterki Lioele), ale trzecia dała mi w kość. Co dziwne pojawiły się w miejscu, w którym nigdy do tej pory nie miałam takich problemów - na linii szczęki, gdzie skórę mam (a raczej miałam...) niczym nie skażoną, jasną, gładką. Trądzik męczył mnie tylko wokół ust, na brodzie i dolnej części policzków. A tu taka niespodzianka. Oprócz tego kremu nie wprowadziłam żadnych nowych kosmetyków do pielęgnacji, nie zmieniłam diety ani suplementów, nie zmieniłam dawki antybiotyku, w tym czasie nie byłam nawet przed okresem, a tydzień po, także jestem w 99,9% pewna, że owo mazidło jest winowajcą.
Postanowiłam zajrzeć do składu. Kiedy kupowałam ten krem okazyjnie nie przyszło mi to do głowy, kartonik wyrzucony, trochę się musiałam naszperać żeby owy skład znaleźć. Znalazłam, no i już się nie dziwię, że mnie wywaliło:

AQUA / WATER, SQUALANE, CYCLOHEXASILOXANE, GLYCERIN, CETYL ALCOHOL, GLYCERYL STEARATE, PEG40 STEARATE, MYRISTYL MYRISTATE, OCTYLDODECANOL, ETHYLHEXYL METHOXYCINNAMATE, SORBITAN TRISTEARATE, MANNITOL, POLYACRYLAMIDE, TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID, NIACINAMIDE, TOCOPHERYL ACETATE, PANTHENOL C1314 ISOPARAFFIN, TRIETHANOLAMINE, CAPRYLOYL SALICYLIC ACID, ACRYLATES COPOLYMER, LAURETH7, BUTYLENE GLYCOL, CYCLODEXTRIN, DISODIUM EDTA, FAEX / YEAST EXTRACT, DISODIUM SUCCINATE, SCUTELLARIA BAICALENSIS / SCUTELLARIA BAICALENSIS ROOT EXTRACT, MORUS BOMBYCIS / MORUS BOMBYCIS ROOT EXTRACT, HYDROLYZED SOY PROTEIN, IMIDAZOLIDINYL UREA, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, CHLORPHENESIN, CI 15985 / YELLOW 6, PARFUM / FRAGRANCE, CITRAL, LIMONENE, LINALOOL, ALPHAISOMETHYL IONONE, BENZYL BENZOATE, GERANIOL, CITRONELLOL, COUMARIN. 

Umówmy się, znawcą składów nie jestem. Wciąż wiele rzeczy muszę wygooglować, wstępnie filtruję skład przez CosDNA. Ale nawet ja widzę, że ten skład jest nie halo. Na dzień dobry nasza skóra dostaje z buta silikonem, potencjalnie zapychającymi surfaktantami (Cetyl Acohol, Myristyl Myristate), potem mamy dwa filtry (w kremie na noc? Po co?), potem owszem, jest kilka ekstraktów:
Ekstrakt z drożdży - bogaty w proteiny, które odżywiają skórę; zawiera beta glucan, który przeciwdziała starzeniu się skóry i nawilża; bogaty w witaminy z grupy B, które mogą pomóc spłycić zmarszczki, zredukować pigmentację i zmiękczyć skórę. Posiada także właściwości bakteriostatyczne, dlatego wykorzystywany jest w kosmetykach do cery tłustej, a także trądzikowej
Ekstrakt z korzenia Tarczycy Bajakalskiej - wykorzystywany w ludowej medycynie azjatyckiej za sprawą swoich przeciwzapalnych, antybakteryjnych i antyoksydacyjnych właściwości. Łagodzi podrażnioną skórę, skłonną do alergii, wysypek, atopową. Ekstrakt tej rośliny pomaga uelastycznić skórę i wspomaga produkcję kolagenu. Wykazuje także działanie wybielające, redukujące pigmentację.
Ekstrakt z korzenia morwy chińskiej -  zawiera arbutynę, która zapobiega produkcji melaniny, sprawiając że skóra wygląda na jaśniejszą oraz nadaje skórze młody wygląd. Bogaty w antyoksydanty.
A później mamy 4 parabeny i konserwanty i aż 9!!! substancji zapachowych. No doprawdy nie rozumiem jak moja skóra mogła się oprzeć tym całym trzem dobroczynnym ekstraktom...
Analiza składu CosDNA [TUTAJ]

Cena: wersję w starym opakowaniu kupiłam na przecenie za 3 funty, nowa wersja kosztuje zabójcze 16 funtów (ok. 80zł)

Plusy:
+ matuje, skóra nie świeci się nawet rano
+ nawilża

Minusy:
- SKŁAD!!!
- mocny, długo utrzymujący się zapach
- cena, która za taki skład powinna być nielegalna, bez kitu.

Podsumowując: cóż, biorąc pod uwagę ile za niego zapłaciłam to nie żałuję, było to ciekawe doświadczenie - w życiu bym się nie spodziewała, że krem może "pokonać" antybiotyki. Wiem już, że kremów tej firmy będę się wystrzegać jak ognia, a szkoda, bo mam od nich tonik i płyn micelarny, które mają proste składy i sprawują się dobrze. Mogłam zajrzeć w skład wcześniej, ale nie pomyślałam, bo azjatyków kupiłam masę w ciemno i żaden krzywdy mi nie zrobił. A żeby dać Wam jakieś porównanie, zerknijcie sobie jeszcze raz na skład żelu ślimakowego Secret Key, produktu firmy która przez osoby długo siedzące w kosmetykach azjatyckich i nieszczędzące na nie środków, jest uważana w najlepszym przypadku za średnią, firmy która jest jedną z tańszych. Kilka różnych ekstraktów na początku składu, kwas hialuronowy, brak konserwantów, jedna substancja zapachowa. A to wszystko za 1/3 pełnej ceny L'oreal...

piątek, 3 października 2014

Piękny połysk włosów: Shwarzkopf Essence Ultime Diamond Color Illuminating Oil

Jakiś czas temu firma Schwarzkopf współpracując z Claudią Schiffer wypuściła dwie nowe linie - Blonde Ultime (farby) oraz Essence Ultime (kosmetyki pielęgnacyjne). W linii Essence Ultime możemy oprócz szamponów i odżywek możemy znaleźć m.in. odżywki w sprayu, maski, krem BB do włosów (rodzaj odżywki bez spłukiwania) oraz olejki do włosów. I właśnie o jednym z tych olejków dzisiaj będzie mowa :)



Opis produktu: Olśniewająca przejrzystość koloru z nadającym diamentowego blasku serum i filtrem UV, dla włosów farbowanych lub z pasemkami. Trzy sposoby aplikacji:
1. Przed myciem dla utrwalenia koloru
2. Po myciu na wilgotne włosy dla utrwalenia koloru i wygładzenia
3. Po stylizacji dla nadania blasku.

Olejek zamknięty jest w ładnej, plastikowej buteleczce o pojemności 75ml. Buteleczka wyposażona jest w pompkę, dzięki której aplikacja jest prosta i przyjemna. Rurka od pompki dotyka dna, nie powinniśmy więc mieć problemu z zużyciem produktu do końca.

Jak łatwo spodziewać się po drogeryjnym olejku, nie jest on w 100% naturalny i zawiera silikony, substancje zapachowe (limonen, geraniol) i barwniki (m.in. beta karoten). Oprócz tego w składzie znajdziemy:
  • Olej z nasion słonecznika - bogate źródło niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT), głównie kwasu linolowego oraz witaminy E. Tworzy ochronny film a powierzchni naskórka/włosów, zapobiegający odparowywaniu wody.
  • Olej z pestek moreli - zawiera kwasy tłuszczowe takie jak: linolowy, palmitynowy i oleinowy. Tworzy ochronny film a powierzchni naskórka/włosów, zapobiegający odparowywaniu wody. Zmiękcza i wygładza skórę i włosy.
  • Octocrylene - chemiczny filtr UVB, pochłania również UVA, ale tylko krótkie promienie (UVA-2). Jego wadą jest słabe działanie, nie nadaje się na jedyny filtr w kosmetyku, zaletą zaś jego stabilność.
Pełen skład: Cyclomethicone, Dimethiconol, Helianthus Annus Seed Oil, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Octocrylene, Parfum, Hexyl Cinnamal, Linalool, Limonene, Beznzyl Salicylate, Alpha-Isomethyllonone, Coumarin, Geraniol, Citronellol, CI 40800.

Z moimi tłustymi włosami postępuję podobnie jak z moją tłustą cerą - na dzień podstawowa pielęgnacja, produkty lekkie, na noc produkty odżywcze, cięższe, mogące przetłuszczać. Olejek więc z założenia miał lądować na włosach na noc, zaskoczył mnie jednak swoją lekkością. Nie jest mocno tłusty, włosy wpijają go dość szybko, po wyschnięciu nie są w ogóle przetłuszczone, a lekko wygładzone i lśniące. Aplikuję olejek odważnie - również na grzywkę i bliżej skóry głowy, mimo to włosy nie przetłuszczają się szybciej (i tak muszę je myć co dziennie, więc chyba dużo gorzej być nie może xD). Na jedną aplikację używam 2-3 pompek, olejek jest mega wydajny. Po dwóch miesiącach używania prawie codziennie (mniej więcej co drugi dzień) zużyłam tylko 1/4. Jak na pordukt Schwarzkopf przystało pięknie pachnie, zapach utrzymuje się na włosach.


Jak widać na zdjęciach włosy nie są obciążone ani nie wyglądają na tłuste.
Cena: £5 (ok. 25zł), kupiłam w promocji za £3 (ok. 15zł), w UK dostępny jest w wielu supermarketach i drogeriach. W Polsce jest dostępny w Rossmanie za 29,99zł.

Plusy:
+ lekki, nie obciąża włosów
+ pięknie pacnie
+ nabłyszcza włosy
+ wydajny
+ wygodne, poręczne opakowanie z pompką

Minusy:
- zawiera silikony, barwniki itp. - dla zwolenniczek naturalnej pielęgnacji włosów się nie nada
- dość drogi, w tej cenie możemy spokojnie nabyć dwa naturalne olejki do włosów
- słaby filtr UV

Ogólnie jestem z tego produktu zadowolona, chociaż nie wiem czy kupię go ponownie, ponieważ chcę wypróbować 100% naturalne olejki (jeśli okażą się za ciężkie, na dzień nada będę używała tego). Jeśli nie przeszkadza Wam obecność silikonów, to zdecydowanie warto wypróbować.

poniedziałek, 29 września 2014

Too Cool For School Rules of Pore Get Ready Dual Primer


Opis produktu: Silikon schludnie pokrywa pory i nierówności. Nawilżający kompleks zapewnia skórze gładkość i nawilżenie przez cały dzień. Pochłaniający sebum talk zapobiega nadmiernemu przetłuszczaniu się skóry. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nasza skóra stanie się piękna, makijażu nie trzeba będzie poprawiać, a sebum zostanie pod kontrolą.

Pełnowymiarowy produkt to 50ml bazy w wyciskanej tubce i 1.5g specjalnego balsamu ukrytego w nakrętce. Ja zamówiłam zestaw 10 próbek, które składają się niestety tylko z bazy, nie miałam więc okazji wypróbować balsamu. Jedna saszetka wystarczy na ok. trzy aplikacje.

Wśród składników bazy możemy znaleźć kilka dobroczynnych substancji:
  • Ekstrakt z portulaki warzywnej - dobroczynnie działa na skórę pod wieloma względami: koi podrażnienia, przyspiesza proces gojenia, poprawia elastyczność. Jest naturalnym źródłem witamin A, C i E oraz koenzymu Q10, jako świetny antyoksydant zwalcza przedwczesne starzenie się skóry i chroni ją przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
  • Betaina - inaczej trimetyloglicyna, składnik nawilżający, w większych stężeniach wykazuje działanie przeciwzmarszczkowe.
  • Kwas hialuronowy - występuje naturalnie w naszej skórze, z wiekiem jednak jego ilość zmniejsza się przez co nasza skóra starzeje się i wiotczeje. Posiada niesamowitą właściwość zatrzymywania wody - jedna cząsteczka kwasu hialuronowego potrafi utrzymać ilość wody tysiąckrotnie przewyższającą jej masę. Jest jednym z najlepiej znanych substancji nawilżających.
  • Ekstrakt z Oczaru wirginijskiego - antyoksydant, działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, skuteczny w leczeniu trądziku
niestety jak to często w bazach bywa, silikon silikona silikonem pogania, do tego kilka parabenów, także nie liczyłabym na to, że owe dobroczynne substancje uczynią cuda - nie mniej jednak fajnie wiedzieć, że tam są.

Pełny skład: Water, Cyclomehicone, Dimethicone, Propylene Glycol, Stearyl Dimethicone, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Sodium Hyaluronate, Betaine, Talc, Phenyl Trimethicone, Cyclopentasiloxane, PEG/PPG-19/19 Dimethicone, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Portulaca Oleracea Extract, BHT, Hamamelis Virginina (Witch Hazel) Extract, Tocopheryl Acetate, Fragrace
Analiza składu [TUTAJ]

Nieco dobra możemy znaleźć także w balsamie:
  • Ekstrakt z zielonej herbaty - potężny antyoksydant, chroni komórki skóry przed uszkodzeniami spowodowanymi działaniem wolnych rodników. Znana jest również z takich właściwości jak redukcja opuchnięć i kojenie podrażnień.
  • Olejek z drzewa herbacianego - ma właściwości antybakteryjne, powszechnie stosowany w środkach przeciwtrądzikowych
  • Ekstrakt z Oczaru wirginijskiego
  • Ekstrakt z portulaki warzywnej
 Pełny skład: Aluminium Starch Octenylsuccinate, Idodecyl Neopentanoate, Dimethicone, Phenyl Trimethicone, Polymethyl Methacrylate, Isopropyl Isostearate, Hexyl Laurate, Dipentarythirtyl Hexahydroxystearate/Hestearate/Hexarosinate, Ceresin, Polyethylene, Tihydroxystearin, Tocopheryl Acetate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Portulaca Oleracea Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Bark/Leaf/Twig Extract, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Polybglyceryl-6 Polyricinoleate, Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Sea Water, Fragrance, Propylparaben
Analiza składu [TUTAJ




Baza ma kremową konsystencję i biały kolor, rozsmarowuje się do przezroczystego żelu, nie bieli skóry, w sumie jest dla kolorytu cery zupełnie neutralny. Ma przyjemny zapach, trochę jak Nivea Soft ;) Po aplikacji skóra jest wygładzona i co mnie zaskoczyło - nawilżona. Produkt zawiera kwas hialuronowy, ale nie spodziewałam się że silikonowa baza może dać tak przyjemne uczucie nawilżenia.
Na tym niestety jej zalety się kończą, bo z porami nie robi kompletnie nic. Nie maskuje w żaden sposób rozszerzonych porów czy zmarszczek. Nie ma również obiecanej kontroli sebum, skóra przetłuszcza się jak zawsze. Po prostu aplikacja kremu BB jest nieco łatwiejsza, skóra jest gładsza i tyle.

Cena: od 12 funtów (ok. 60zł) na e-Bay za pełnowymiarowy produkt, ja zapłaciłam 3 funty (ok. 15zł) za zestaw 10 próbek.

Plusy:
+ zawiera kwas hialuronowy i daje przyjemnie uczucie nawilżenia
+ skóra jest miła w dotyku i wygładzona po aplikacji

Minusy:
- nie pokrywa rozszerzonych porów
- nie ma obiecanej kontroli sebum

Możliwe, że baza sprawdziłaby się lepiej w duecie z balsamem, w końcu to produkt "duo" z nazwy, szkoda więc że próbki są pojedyncze. Jeśli szukasz jakiejś delikatnej, nawilżającej bazy, ten produkt może się sprawdzić, jeśli jednak szukasz czegoś typowo pod kątem zamaskowania porów, to można zaryzykować i skusić się na pełnowymiarowe duo lub na sam balsam, który jest dostępny oddzielnie:



Ja sobie chyba odpuszczę próbowanie balsamu, zwłaszcza że wolę barwione bazy, pomagają mi stonować cerę i lepiej zamaskować blizny. Baza ze Skin Food sprawdziła się o wiele lepiej... 

niedziela, 21 września 2014

Świetne circle lens dla jasnych oczu: Vassen Rainbow Eyes in Purplish Red

Już od dłuższego czasu miałam chrapkę na fioletowe soczewki, ale nie mogłam zdecydować. Zazwyczaj noszę circle lens do pracy, nie imprezuję za wiele, więc najlepszą dla mnie opcją są soczewki wyglądające naturalnie lub pół-naturalnie (np. swoich brązowych GEO Honey Wing nie noszę do pracy, wyglądają zbyt dziwnie w dziennym świetle). Sporo soczewek ma dość intensywny fioletowy kolor, więc na jasnych oczach mógłby wyglądać zbyt kosmicznie. Moją uwagę przykuło do tych soczewek połączenie moich dwóch ulubionych kolorów - fioletu i różu. Nie odważyłabym się wypróbować czysto różowych soczewek, jednak to połączenie wyglądało zachęcająco.



To moje największe soczewki do tej pory, mają średnicę 15mm. Mimo, że są spore nie mam żadnych problemów z zakładaniem ich. Układają się na oczach szybko i są wygodne przez 10-13 godzin.



Lewe oko: naturalna tęczówka, prawe: Vassen Rainbow Eyes
Te soczewki są zadrukowane tylko na krawędzi, także naturalny kolor oczu jest bardzo widoczny. Dobrze pasują do moich szaro-niebieskich oczu. Ponieważ nie mają czarnej obwódki wyglądają naturalnie i mogą być swobodnie noszone w ciągu dnia, np. do pracy. Nawet na zadrukowanej części są dość przejrzyste - moje tęczówki mają trochę ciemniejszą obwódkę od strony zewnętrznego kącika oczy i jeśli dobrze się przyjrzę jestem w stanie zobaczyć tą obwódkę przez soczewki. Jeśli więc ktoś ma naturalną ciemną obwódkę wokół oczy te soczewki mogą się nie sprawdzić. Nie widzę ich również w parze z ciemnymi oczami, kolor jest zbyt delikatny.



Niestety róż jest minusem tych soczewek. Wygląda interesująco, ale jeśli jestem zmęczona i mam zaczerwienione lub podkrążone oczy, różowy kolor to podkreśla. Noszę je więc tylko kiedy się wyśpię :P

Cena: £14.82 (ok. 74zł) w sklepie Pinky Paradise

Plusy:
+ łatwe "w obsłudze" mimo dużej średnicy
+ ładny efekt powiększenia
+ komfortowe przez długi czas
+ subtelny kolor, nadają się na dzień
+ wyglądają bardzo dobrze na jasnych oczach
+ długi okres ważności (rok)

Minusy:
- podkreślają zaczerwienione i podkrążone oczy

Podsumowując: ładne i wygodne, interesujące połączenie kolorów, idealnie pasują do jasnych oczu. Ale wiem już, że róż na oczach to nie dla mnie, więc następnym razem zdecyduję się na czysty fiolet.
Vassen Rainbow Eyes są również dostępne w kolorach: Pinkish Brown, Grayish Blue, Light Greenish, Brownish Hazel. Kusi mnie Light Greenish, który ma niebieskie i zielone paseczki oraz Grayish Blue, który jest interesującym połączeniem szarego, niebieskiego i żółtego.

sobota, 20 września 2014

Szkockie ciekawostki: Produkty objęte restrykcją wiekową

Wydawałoby się - nic specjalnego. Jednak przyjeżdżając do UK można się nieco zdziwić, ponieważ restrykcją wiekową objęte są produkty, które w Polsce w sumie możemy kupić bez problemu. 


W UK obowiązuje polisa "Think 25" czyli legitymujemy osoby wyglądające na nieletnie, ale osoby wyglądające na mniej niż 25 lat, tak na wszelki wypadek...

1. Noże i nożyczki
Aby móc kupić nóż w Szkocji, musimy mieć ukończone 18 lat. Niektóre sklepy (np. Argos, specyficzny rodzaj sklepu, gdzie produkty oglądamy w katalogu, spisujemy numer, idziemy do kasy zapłacić, dostajemy numerek i idziemy do poczekali, gdzie ktoś przynosi nam przedmiot z magazynu) podejmują dodatkowe środki ostrożności i kiedy kupujesz nóż, musisz zostawić swoje dane.
Kewesti noży jest ogólnie bardzo restrykcjyna - nie wolno ich mieć przy sobie poza domem. Jeśli więc wybierasz się na biwak lub na grzyby i masz ze sobą nożyk/scyzoryk musisz się liczyć z tym, że jeśli jakimś cudem spotkasz w środku lasu patrol policji, policja nożyk ci skonfiskuje. Bo nie wolno i już. Kuzyn mojej połowicy wpadł na pomysł, że przywiezie swojemu bratu do Szkocji prezent z Polski - maczetę, w sumie pełniącą bardziej funkcję ozdobną niż jakąkolwiek inną, no ale "nóż" to nóż. Miał ją w bagażu nadawanym, ale te widocznie też przechodzą przez jakiś skaner, bo w Szkocji, w sali odbioru bagażu został zatrzymany przez policję, przesłuchany i maczetę mu zabrano. W sumie obyło się bez żadnych konsekwencji, ot chciał zrobić prezent i nie wiedział, że nie wolno, ale strachu się najadł...



2. Czekoladki z likierem
Moje ulubione czekoladki, to te z likierem wiśniowym. Zajadałam się nimi w sumie już od wczesnych lat nastoletnich, babcia też czasem kupowała mi Wedlowskie Baryłki i nikt nie widział w tym nic zdrożnego, ale podług standardów brytyjskich mam rodzinę patologiczną, bo tutaj na czekoladki z likierem trzeba mieć ukończone 16 lat.

3. Paracetamol
Święty Graal brytyjskich lekarzy, przepisywany niemal na wszystko, można kupić praktycznie wszędzie i to za grosze, ale pod warunkiem, że masz ukończone 16 lat i nie bierzesz więcej niż dwa opakowania. Limit jest na osobę, nie na transakcję, czyli nie możemy być cwani i kupić czterech, ale płacąc osobno. Co więcej, jeśli wyjdziemy ze sklepu z dwiema paczkami i za chwilę wrócimy po kolejne dwie, a kasjerka jakimś cudem będzie nas i nasze zakupy pamiętała, to również ma prawo odmówić sprzedaży.
 
4. Totolotek
Nie wiem jak Was, ale mnie mama niejednokrotnie wysyłała do sklepu po mleko i chleb "a po drodze weź kup lotka, bo dzisiaj kumulacja". Niestety Szkockie mamy nie mają też możliwości, ponieważ wszystkie produkty od National Lottery, zarówno totek jak i zdrapki, traktowane są jako hazard, a dostęp do hazardu trzeba młodzieży ograniczyć, więc lotek jest dozwolony od lat 18.

5. Party poppers i fajerwerki
Niewinne, mogłoby się zdawać, pukawki wypełnione konfetti. Pamiętam, że miałam kiedyś taką dołączoną gratis do magazynu dla dzieci "OK" (takiego z postaciami z Looney Tunes). Tutaj traktowane są jako "materiały wybuchowe" i musimy mieć 18 lat, żeby je kupić.
Chociaż party poppers to nic, można je kupić praktycznie w każdym supermarkecie i siedzą spokojnie na półkach z innymi produktami. Fajerwerki to dopiero hardkor. Fajerwerki ogólnie w zwykłych marketach można kupić tylko w okolicach listopada, bo puszczane są na Bonfire Night (puszczanie fajerwerków w Sylwestra nie jest popularne, jeśli w UK widzisz gdzieś sztuczne ognie o północy, to możesz mieć 95% pewności, że puszczone zostały przez Polaków). Fajerwerki (w tym zimne ognie!) nie leżą sobie na półce, tylko zamknięte są w specjalnej gablocie, klienci mogą popatrzeć tylko przez szybkę, muszą wypełnić kartę z nazwami produktów, podejść do punktu obsługi klienta, zapłacić, a wówczas pracownik przyniesie im wybrane produkty. Obowiązkowo obok gablotki stać musi wiadro z piaskiem na wypadek pożaru :D Fajerwerki nie są trzymane w sklepie po Bonfire Night, to co się nie sprzedało jest odsyłane do producenta.


koleżanka z pracy przy gablotce na fajerwerki (jeszcze nie zapełnionej).
Bonusy: 
"Proxy sale"
Proxy sale, to sytuacja, w której osoba pełnoletnia kupuje produkt objęty restrykcją wiekową dla osoby nie pełnoletniej. Proxy sale to sprawa dość kontrowersyjna. Przede wszystkim w moim sklepie uczą nas, że mamy prawo odmówić sprzedaży tylko i wyłącznie wtedy, kiedy mamy jasny dowód na to, że ktoś kupuje coś dla kogoś (np. usłyszeliśmy rozmowę). Niestety bardzo częstą praktyką w wielu sklepach jest automatyczne legitymowanie wszystkich obecnych, czyli idąc do sklepu z połowicą, jeśli mam w koszyku alkohol, to mimo że ja płacę, chcą widzieć ID moje i jego. Trzeba jednak pamiętać, że proxy sale obejmuje wyłącznie alkohol, jeśli więc kujemy fajki czy zdrapki, a chcą ID od kogoś kto z nami jest, można się wykłócać (mnie się w sumie nigdy nie zdarzyło). Tak więc jeśli mama kupuje zdrapkę i wręcza ją swojemu dziecku żeby miało frajdę, to nie mamy prawa robić jej wymówek.

"Challenge"
Jako ostatnią ciekawostkę dodam, że w UK mamy prawo (a wręcz obowiązek) legitymować osoby nie tylko próbujące kupić produkt objęty restrykcją, ale też osoby próbujące ten produkt... oglądać. Czyli jeśli widzę, że ktoś wyglądający na nieletniego kręci się wokół alkoholu czy noży, mam prawo zażądać ID, a w przypadku braku ID/niepełnoletności taką osobę z danego działu wygonić. Wszystkie takie "czelendże"
muszę zapisać w specjalnej książce, którą każdy dział sprzedający produkty objęte restrykcją ma gdzieś skitraną (w mojej sieci supermarketów, nie wiem jak to się odbywa w sklepach innej sieci).


Uwaga: opisuję w tym wpisie znane mi przepisy szkockie, w innych krajach UK legislacja może się różnić.

niedziela, 14 września 2014

W poszukiwaniu ideału: Holika Holika Petit Clearing BB Cream

Czytelniczka poleciła mi ten krem BB jako dobry do tłustej cery, a że jest taniutki bez głębszego zastanowienia dodałam go do zamówienia na e-Bay. Zwłaszcza, że kończę już drugą tubkę mojego dotychczasowego ulubieńca - Tony Moly Petite Cotton BB i przydałaby się jakaś odmiana.


Opis produktu:  Zawiera ekstrakt olejku z drzewa herbacianego oraz kontrolujący produkcję sebum puder. Zapobiega nadmiernemu przetłuszczaniu się skóry czyniąc ją miękką, odświeżoną i piękną. Zawiera filtr SPF30 PA++

Olejek z drzewa herbacianego to skuteczny i naturalny sposób na walkę z wieloma przypadłościami - grzybicą paznokci, grzybicą stóp, liszajami, łupieżem, trądzikiem i różnymi rodzajami infekcji.

Skład: Water,Cyclopentasiloxane,Ethylhexyl Methoxycinnamate, Titanium Dioxide,Methicone,Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Dimethicone,Butyelene Glycol,Disteardimonium hectorite, Tribehenin, PEG-10 Dimethicone,Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Iron Oxides(CI 77492) & Mica & Methicone,Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer,Sodium Chloride, Polymethyl Methacrylate, Triethyl Citrate,Glyceryl Behenate,Polyglyceryl-6 Octastearate,Silica,Iron Oxides(CI 77491) & Mica & Methicone,Iron Oxides(CI 77499) & Mica & Methicone,Phonoxyethanol,Methylparaben,Propylparaben,Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Extract, Fragrance, Xanthan Gum.
Analiza składu [TUTAJ]


Produkt zamknięty jest w wyciskanej tubce o pojemności 30ml. Nie ma żadnego dodatkowego opakowania, tubka jest jedyne zgrzana folią.




Krem na fajną konsystencję, jest troszkę rzadszy od mojego ulubieńca Tony Moly, ale nie leje się za bardzo. Myślę jednak, że otwór w tubce jest nieadekwatny do konsystencji, za duży, notorycznie wyciska mi się z tubki za dużo kremu. Ten BB jest dostępny tylko w jednym odcieniu, który jest świetny, uwielbiam ten kolor <3 rozjaśnia skórę, ale nie bieli (czyli nie zrobi z nas gejszy ani wampira), nadaje skórze zdrowy wygląd. Krycie jest w sam raz - ujednolica kolory skóry i zakrywa moje cienie pod oczami, ale wygląda naturalnie, dobrze stapia się ze skórą. Bez problemu można go nawarstwiać w miejscach, które potrzebują więcej krycia. Trochę się świeci, matuję pudrem prasowanym strefę T, chociaż na upartego dałabym radę i bez pudru. Jest wydajny - ilość pokazana na zdjęciu wystarczy na całą twarz + drugą warstwę pod oczami i na policzkach (gdzie mam blizny po trądziku).
Jeśli chodzi o kontrolę wydzielania sebum - nie jest jakaś powalająca, chociaż odrobinę lepsza niż w przypadku Tony Moly. Wciąż muszę użyć bibułek matujących po ok. 3 godzinach, chociaż mam wrażenie że na twarzy jest mniej sebum niż w przypadku innych BB.
Krem Holiki stanowi świetny duet z brzoskwiniową bazą/serum Skin Food. Brzoskwinka dobrze matuje krem BB, można się obejść bez pudru, buzia przetłuszcza się znacznie mniej. Świetny duet na lato.

Niestety krem trochę waży się w połączeniu z typowymi, silikonowymi bazami. Chociaż to i tak nic w porównaniu z tym jak się zważył nałożony na filtr - musiałam zmyć makijaż po 6 godzinach, był nie do odratowania, grudki i ciapki, fuj.

Cena: od 3 funtów (ok. 15zł) na e-Bay. Jeden z najtańszych kremów BB.

Plusy:
+ piękny kolor, rozjaśnia i nadaje cerze zdrowy odcień
+ wydajny
+ dobra konsystencja, nie za rzadka, nie za gęsta, łatwo się rozprowadza
+ niezła trwałość
+ ładnie pachnie
+ taniocha!

Minusy:
- użyty z bazą trochę się waży

- użyty z filtrem TRAGICZNIE się waży...

Podsumowując jest to niezły produkt jeśli używamy go bezpośrednio na skórę, jeśli jednak należymy do osób, które używają fitrów, to lepiej trzymać się z daleka.

Ten produkt należy do linii kremów BB Petit, która zawiera pięć kremów odpowiadających różnym potrzebom skóry:




  • Essential (pomarańczowy) - z kolagenem i kawiorem, dla zmęczonej cery
  • Clearing (turkusowy) - z olejkiem z drzewa herbacianego, dla skóry tłustej i trądzikowej
  • Shimmering (różowy) - ze sproszkowaną perłą, rozjaśnia cerę
  • Moisture (fioletowy) - z kwasem hialuronowym, do cery tłustej
  • Watery (jasnozielony) - z zieloną herbatą i wodą lodowcową, przywraca skórze równowagę i odświeża.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
site design by designer blogs